Trzęsące się ciało pedagogiczne

U mnie każdy dzień ostatnio ma w planie wyprawę do przychodni, do szpitala albo do jakiegoś prywatnego gabinetu. Z tego względu podróżuję częściej autobusem. Wiadomo, że mina w takiej sytuacji nietęga. Szukam więc zawsze jakiegoś punktu zaczepienia, by mordka się lekko rozdziawiła w grymasie przypominającym choć trochę uśmiech.

Jadę więc tradycyjnie w poniedziałek autobusem. Siedzę sobie wygodnie. Godzina taka, że tylko szkolne niedobitki nim jadą. Na środku stoi kilkoro gimnazjalistów. Rozmawiają o wycieczce szkolnej. Rechoczą. Nawet nie muszę się wysilać, żeby ich słyszeć, a słyszeć chcę, bo mnie też przydałoby się pośmiać, zanim dojadę do tej przychodni i oddam pielęgniarce moje żyły do kłucia.

Domyślam się, że byli z klasą na basenie. I od razu myślę, że odważna wychowawczyni, bo mnie by musiano kołem łamać, żebym wystąpiła w stroju kąpielowym przed uczniami. Nigdy w życiu!

– Widzieliście naszą wychowawczynię? – pyta chłopaczek z blond nastroszoną fryzurą. – Reszta kiwa głowami i rechocze, ten jednak opowiada dalej. – Widzieliście jak wlazła do tej zjeżdżalni? Tak dupsko w tę rynnę wsadziła. – I tu pokazuje dłońmi objętość siedzenia swojej nauczycielki. Podejrzewam, że gdyby to widziała, to chłopaczek miałby przechlapane do końca życia. – Wszystko się jej trzęsło jak galareta, kiedy zjeżdżała. – Teraz prezentuje jakieś Więcej >