Basia…

Czasami życie bardzo mocno wyhamowuje. Oczywiście robi to na krótko, ale za to bardzo dotkliwie.

W poniedziałek zadzwoniłam do mojej koleżanki pisarki Basi Spychalskiej-Granicy. Chciałam jej opowiedzieć o swoich spotkaniach, zapytać, jak idzie jej pisanie kolejnej powieści, jak było na festiwalu poetyckim, na którym niedawno była, ot zwyczajnie poplotkować. Zamarłam, gdy zamiast jej głosu usłyszałam inny, łamiący się i mocno przeplatany złowróżbną ciszą. Dlaczego odebrał kto inny? Dlaczego nie Basia jak zawsze…?!

Bo Basia odeszła w nocy. Dzień wcześniej wrzucała zdjęcia swojego kota na FB. Położyła się spać jak zawsze… Rano nie było Basi…

Dla mnie to szok. Ogromny i niewyobrażalny. Gonimy codziennie za czymś, nie wiadomo za czym, a życie jest tak cholernie kruche. Jest jak tchnienie, punkt, głos…

Dlatego dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o Basi. Może czytaliście jej książki: „Niespodziankę na 6 liter” czy „Marzenia na agrafce”. Wydawała w Zysku. Właśnie ukończyła trzecią powieść. Wiem, że pisała już kolejną. Miała mnóstwo pomysłów. Już nigdy jednak…

Basię poznałam osobiście w tamtym roku w Gdańsku. Spotkałyśmy się z naszymi mężami na kawce. Siedzieliśmy gdzieś niedaleko Długiej. Pamiętam ten dzień. To były wakacje. Basia kochała morze…

Potem często rozmawiałyśmy przez telefon. Ja na północy Polski, ona na południu, ale była pomiędzy nami jakaś nić porozumienia. Spotkałyśmy się Więcej >