Nieoczekiwana zmiana miejsc

Ostatnio po sporej przerwie udało mi się skorzystać z komunikacji miejskiej. Była to poranna godzina, więc prawie wszyscy ludzie w wieku produkcyjnym znajdowali się w pracy, a dzieci i młodzież w szkole.

Jazda autobusem przypominała więc pobyt na oddziale geriatrycznym i wcale nie piszę tego złośliwie. Jak wiecie mam wprawę w opiece nad starszymi ludźmi, więc w jakiś sposób poczułam się odpowiedzialna za współpasażerów. Sama potem się z siebie śmiałam, bo rzucałam się do pomocy każdemu. Najpierw koniecznie chciałam pomóc kobiecie, która próbowała usiąść na swoim chodziku, a ten kompletnie jej nie słuchał i się odsuwał, kiedy ona swoje półdupki próbowała wcisnąć na siedzenie. Wreszcie jednak udało się nam zakończyć tę akcję sukcesem. Potem jeden staruszek potknął się, wsiadając do autobusu, więc rzuciłam się w odruchu, by go ratować. Tu nie zdążyłam, bo za nim wsiadała młoda kobieta, więc pomogła. Stałam na środku, obok mnie dwa chodziki. Wszyscy staruszkowie siedzieli. Śmiesznie mi się zrobiło, bo naprawdę byłam gotowa do pomocy każdemu. Może to mieszkanie z babcią mnie tak pobudziło do pomocy. Kto wie?

Dla odmiany jednak trzy przystanki dalej wsiadły dzieciaki. Na oko gimnazjum. Zrobiły sobie wagary od szkoły, bo głośno to komentowały. Zbuntowana młodzież, gniewna, prowokacyjnie nastawiona do świata. Dziewczyna wyjęła Więcej >