Często obserwuję autochtonów. Uczę się ich zwyczajów i języka. To jak odkrywanie nowego świata. Tak tu egzotycznie. Ludzie mówią zupełnie inaczej niż w moim poprzednim miejscu zamieszkania. U nas na zachodzie nie było gwary ani dialektu, dlatego to, co obserwuję wokół, dziwi i zachwyca (?!). No, może czasami budzi śmiech i refleksję na temat stanu oświaty w okolicy. Ostatnio stwierdziłam, że będę zapisywać takie „kwiatki”. Wiadomo, co kraj to obyczaj. Muszę przecież się jakoś upodobnić do autochtonów, by nie odstawać. Mrugnięcie okiemRobię więc słowniczek lokalnego języka i zwyczajów.

Często korzystam z komunikacji miejskiej, gdzie mam cały przekrój społeczny. Tak jakoś dziwnie na mnie łypią okiem ci miejscowi. Moje jajo mówi to samo, że ciągle czuje się obserwowane. A potem dziwne szepty. Czy my wyglądamy jakoś inaczej? Czy na czole mamy napisane, że my obce? Może to język nas zdradza…? Ostatnio w autobusie pojawiły się „kanary”. Ledwo wsiedli, a już słyszę, jak kobietka na całe gardło krzyczy: „Kontrol je, Jan!!!”. A za chwilę odpowiedź, niemalże chóralna, kilku uczestników zdarzenia (no, chyba że nie jednemu pasażerowi było „dziane” „Jan”): „Je, jo, jo…”. W wolnym tłumaczeniu: „Kontrola biletów jest, Janie”, „Tak, jest”. W pierwszej chwili śmiać mi się chciało, ale rozejrzałam się wokół i napotkałam same bardzo poważne miny pasażerów, strach byłoby się zaśmiać. Niby to taki spokojny naród, a nie wiadomo jak zareaguje, jak parsknę śmiechem. ŚmiechZachowałam powagę do końca swojej trasy. Potem poszłam na zakupy. A w sklepie klientka pyta kasjerkę: „Na waga ta pora?” i odpowiedź „Jo, jo, na waga”. Kupiłam jaju gumę do żucia, a pani pyta: „Te guma tyż?”. No, to myślę sobie, jest nieźle. Wróciłam do domu i mężowi jako autochtonowi opowiadam, a on w śmiech. I dziwi się, że ja się dziwię. No, ale przecież poza „jo” mówi po polsku. Jego rodzina nawet chyba „jo” nie mówi, więc o co chodzi? Już wiem. Robię pierwsze spostrzeżenia: dwa gatunki ludzi zamieszkują te tereny. Pierwszy to ten z „jo”, z zaciąganiem, ze specyficznym akcentem i odmianą wyrazów, drugi to gatunek ogólnopolski – taki popularny, powszechny i niewyróżniający się. Na razie z moich obserwacji wynika, że pierwszy ma znaczną przewagę nad drugim. No, chyba, że drugi rzadziej wypuszcza się na ulice miasta. Może ten pierwszy jest bardziej żywotny i ekspansywny? O, rany, a może ja nie wiem, że właśnie udało  mi się odkryć nowy gatunek człekokształtnych? Bo oprócz specyficznego języka zaobserwowałam jeszcze powolne ruchy, niewiarygodny spokój (nawet jak jest kolejka czy wzmożony ruch, wszyscy zachowują spokój ku mojej rozpaczy, bo ja bym chciała szybko, już, zaraz!!!), cierpliwość i przyklejony do twarzy uśmiech (wydaje się szczery). A wiem, co mówię. Takiej życzliwości nie spotkałam w innych rejonach naszego kraju. Może mnie też się to udzieli i za kilka lat będę się uśmiechać jak… wiadomo co i przestanę się spieszyć. Zaobserwowałam też ulubione powiedzenie przedstawicieli pierwszej grupy: „Spokojnie, to się da”. Pewnie, że się da… Oj, da się, da. Jo, jo…Śmiech