Ten tydzień spędziłam w pociągach. Różne kombinacje przerobiłam – osobowe, pośpieszne, z rezerwacją, przesiadki…, strajki… To, że w osobowym zamarznięte były szyby, to już chyba nie dziwi. Niedawno przecież świat obiegło zdjęcie polskiego kibelka całego w lodzie.  Moim podróżom towarzyszyły dość traumatyczne przeżycia. Nie znam żadnego horroru, którego akcja toczyłaby się w pociągu (w ogóle znam mało horrorów). A można by było. Poczułam ten nastrój. Noc, cały wagon pusty, nigdzie żywego ducha i jeszcze strach przed tym, że może drzwi zamarzły i nie uda mi się wysiąść.

Chyba trzy razy zdarzyło mi się w tym tygodniu jechać samotnie. Modliłam się już prawie o to, żeby ktoś w końcu przysiadł koło mnie. Wiadomo, ciekawi ludzie, ciekawe wpisy na blog. A tu pusto. Miałam ze sobą aparat, więc z nudów postanowiłam skolekcjonować fotografie kolejowej designerskiej tapicerki. Prezentuję ją na zdjęciach. Bóg mnie wysłuchał (od tej pory głęboko zastanowię się nad tym, o co go poproszę). Wsiadła para młodych ludzi. Ona – Polka, on – chyba Anglik. Ona od razu buch mu na kolanka. On rączką w te i we wte. Ja w okno, że niby nie widzę. Potem w książkę i czytam zawzięcie. A oni: dwa słowa i cmokanie, jedno słowo i mlaskanie. No, najgorsze było to mlaskanie. Nie jedli oczywiście. Mlaskali tak o siebie. Cmok, cmok, mlasku, mlasku… A ja czytam i próbuję się skupić. I nic! Niech ich cholera! Już lepiej było samotnie i w ciszy. A ci tymi jęzorami o siebie tak bezwstydnie. Nie podglądałam, nie myślcie, ale starałam się interpretować odgłosy. Kurza twarz! I tak prawie dwie godziny. Na szczęście moja stacja. Potem przesiadka w Poznaniu. Drzwi zamarzły, nie mogłam wysiąść, czyli spełnił się najgorszy koszmar. Musiałam biegusiem do następnego wagonu. Udało się. Przesiadłam się. Tutaj też pani i pan. Ale grzecznie, naprzeciwko siebie. Trochę starsi ode mnie. Kulturalnie rozmawiają. Nie jest źle. Przyszedł konduktor. Bilety. Pani podała bilet ze zniżką, bo konduktor poprosił legitymację. A ona, że to męża zniżka. A konduktor: „A, to nie trzeba legitymacji”. Zdziwiliśmy się wszyscy. Spojrzałam na gościa, bo na czole tej zniżki nie miał wypisanej. Kobieta oburzyła się, że dyskryminacja. Wysiedli na następnej stacji. Potem znów jadę sama. I w końcu ktoś wszedł do przedziału. Z wielką wypchaną reklamówą i plecakiem, w dość zużytym ubranku (zresztą cały pan był również mocno zużyty). Ale nie uprzedziłam się. O, nie! W pierwszej chwili uruchomiłam węch, bo wygląd pana wydał mi się jednoznaczny. Nie było jednak źle. Zapach mnie nie poraził. Co chwilę wychodził z plecaczkiem. Wracał w chmurze dymu papierosowego i czegoś jeszcze. Za każdym razem coraz większe trudności sprawiało mu wejście do przedziału. Potem coś do mnie mówił, ale nie było tłumacza. Zrozumiałam tylko, że o historii poczytał. No, ok. Taki historyk amator. Jak już zaczął w przedziale coś z tego magicznego plecaczka wyciągać i popijać, wyszłam na korytarz. Właśnie zbliżała się moja stacja. Dobrze, bo inaczej zmieniłabym przedział. Wysiadłam. Uff! Świeże powietrze!

Aha. I jeszcze zapomniałabym o najważniejszym. Poszłam do toalety w pociągu (naprawdę!). Ostatnio pisałam, że tego nie robię, ale pęcherz nie dawał rady, za długa podróż, więc zebrałam się na odwagę i poszłam. Zaglądam powolutku, co by szoku nie było. A tu nie ma tragedii! Pięknie jest! Śnieżek pada! (zepsute okno) Z zachwytu prawie zapomniałam o pęcherzu. Taki widok! Dupsko mi zmroziło i śniegiem przysypało. A tu jeszcze równowagę trzeba było trzymać. To jak szusowanie w Alpach. A wszystko w cenie biletu!

Fantastycznie więc brzmiała w czwartkowy wieczór tuż przed strajkiem obietnica kolejarzy, że podczas strajku nie wyłączą ogrzewania. No, nie wiedziałam, czy z tej radości nie bić bałwochwalczych pokłonów i błogosławić kolei za tę łaskę. Boże, nie wyłączą ogrzewania! Spodziewaliście się aż tyle dobroci? Bo ja nie!