Czasami zastanawiam się, czy to ja przyciągam do siebie dziwne sytuacje, czy one samoistnie mnie wciągają. Znów odbyłam podróż pociągiem. Było ciekawie. Na jednej ze stacji wsiadła zakonnica. Nie często zdarzało mi się jechać z taką współpasażerką. Zakonnica była niesamowicie energetyczną osobą. Uśmiechniętą, radosną, z optymizmem wymalowanym w oczach. Aż miło było na nią popatrzeć. Wszyscy pasażerowie znudzeni, z posępnymi minami, a ona radosna. Wyglądała wśród nas jak pierwiosnek przebijający się przez warstwę śniegu. Zakonnica najpierw odmówiła różaniec. Do nikogo się nie odzywała. Chociaż pewnie z Szefem w myślach negocjacje na temat podróży prowadziła. W przedziale oprócz mnie i zakonnicy były jeszcze dwie inne kobiety. Milczałyśmy. Czytałyśmy (ja – „Hollywood” Bukowskiego – więcej tutaj) albo spałyśmy. Tak na zmianę. Najmłodsza miała słuchawki w uszach. Odizolowała się od nas. A to „nas” było mniej więcej w moim wieku. Kiedy zakonnica odmówiła różaniec, wyciągnęła kanapkę. Miała bułkę, oczywiście bez wędliny, bo był piątek. - Dzisiaj z serem – powiedziała nagle ku naszemu ogólnemu zdziwieniu. My uśmiechy. Grzecznie. Bo to fajnie, że ma z serem. Tylko „młoda” się nie zdziwiła, bo cały czas słuchawki szczelnie ją od nas izolowały. – A ser ma dużo cholesterolu – dodała. A ja oczywiście chciałam zabłysnąć, że Więcej >