Ostatnio miałam okazję uprawiać miejski jogging. Oczywiście w żadnym wypadku nie dobrowolnie, sytuacja mnie zmusiła. A dokładnie przeciekający pomiędzy palcami czas. Akurat jechał mój tramwaj, więc musiałam sobie zafundować przebieżkę. Przez ramię przewieszona torebka wypchana po brzegi. W ręce dość ciężka torba. Biegnę. Pokonuję schody. Po dwa stopnie. Już na chodniku. Tramwaj powoli podjeżdża. Nie spieszy się. Ja biegnę, ile sił w nogach. A że ich niewiele było, więc tempo niezawrotne. Pot po czole razem z czapką. Niewiele widzę, ale biegnę z jęzorem po chodniku. Gacie w dupsko mi się wrzynają. Zaciskam zęby. Krok za krokiem z torbą. Zdążyłam! Tramwaj otwiera swe podwoje. Jakaś masa ludzi wysypuje się na zewnątrz. Popychają, przepychają. Idą. Mam w końcu wolną przestrzeń. Wchodzę. A tam mur. Ściana smrodu uderza po nozdrzach. Nie tylko mnie tak cofnęło, innych również. Nieśmiało, z wahaniem wsiadam. Smród niemiłosierny. Zapominam o wrzynających się w dupsko gaciach. Wszyscy na siebie łypią. Próbują zidentyfikować źródło smrodu. Pierwsza myśl, że jakiś kloszard z nami sobie jedzie w siną dal. Rozglądam się nerwowo. Inni również. Nikogo podejrzanego nie widać. Smród jest tak intensywny, że nie wiadomo, skąd dochodzi. Mam wrażenie, że paruje z podłogi. Okna otwieramy. Ktoś chyba zapomniał o wykonywaniu porannej i Więcej >