Byłam wczoraj w bibliotece miejskiej. Tak, wiem, dość ekstremalna przygoda. Jak ktoś wrażliwszy, niech nie czyta. Zrobiłam kolejne podejście w nadziei, że może będą jakieś nowości czytelnicze. Książki drogie, wiadomo, więc łatwiej pożyczyć. Poszłam. Mieszkam w tym mieście od niedawna, w bibliotece byłam kilka razy, jeszcze nie znam w niej wszystkich zakamarków. Zapytałam o półkę z nowościami. Pani lekko zakłopotana wskazała. Półeczkę. Nie półkę dumnie brzmiącą, ale właśnie półeczkę sięgającą mi do pasa. Trzypoziomową. Książki stały tylko na górze. Reszta miejsca to pusta przestrzeń. Ale bez kurzu, pięknie wytarta. Nowości było około 12. Reszta u czytelników. Następne zakupy biblioteka ma poczynić w kwietniu b.r. Przejrzałam te „nowości”. I oniemiałam z wrażenia. Poradnik na temat szczęścia w małżeństwie, jakaś powieść w stylu „dziewczyna dziewczynie”, same romanse i jeden kryminał. No, wybór jak cholera. Ale pani bardzo zależało, żeby mnie zadowolić, więc jak ktoś oddawał coś z „nowości”, to od razu mi proponowała. Więc jakaś sensacja była i oczywiście ze dwa romanse. Przyniosła również „Tatę” Whartona. Nie wiem, czy to w bibliotece też było traktowane jak „nowość”. Bo to chyba od 20 lat na naszym rynku. Godzinę spędziłam pomiędzy regałami. Łapałam się ostateczności. W końcu wypożyczyłam Pilcha i Przyborę. Nie zaszalałam, o, Więcej >