Wczoraj Dzień Kobiet. Mój mężczyzna zrobił, co mógł, żeby mnie zadowolić, choć zawsze zarzeka się, że tego święta nie obchodzimy. Obchodziliśmy jednak i to na maksa. Rano kwiatki. Pachnące, prosto z kwiaciarni. Potem wycieczka krajoznawcza po Kaszubach i obiad w kaszubskiej chacie. Bardzo klimatycznie. Mój Mężuś zakupił sobie przy okazji swojskiej kiełbasy i waliło nam później w samochodzie. Ale to taki szczegół, nieistotny. Ja oczywiście uchachana, że tak mnie ten mój ślubny od rana rozpieszcza. Potem odebraliśmy jajo ze szkoły, coby mogło się przyłączyć do świętowania, bo przecież też kobieta pełną gębą. Trzeba było ją nakarmić. Wybrała super restaurację pod szumną nazwą McDonald’s. Czekała na swoje zamówienie jak w luksusowej knajpie, bo „Bob” (tak się zwróciła do pana chyba kierowniczka) zapomniał zrobić to, co jajo zamówiło. W ramach przeprosin dostało deser. To jajo uchachało bardzo. Cieszyło się, że interesy robi zawrotne. Normalnie rekin finansjery z tego mojego jaja wyrośnie. Potem kawka i kino. Ja wybierałam film. Zdecydowałam się na „Być jak Kazimierz Deyna”. Koniecznie chciałam komedię. Miałam do wyboru: polska komedia obyczajowa albo amerykańska romantyczna. No, tej romantycznej mój Mężuś i moje jajo by nie znieśli, więc wybrałam coś, co miało się spodobać wszystkim. Wrażenia z filmu na pewno opiszę Więcej >