Wyłączyła się Wam kiedyś fonia? Bo mnie tak. Ostatnio sobie o tym przypomniałam, bo bolało mnie ucho.

Kilka lat temu siedziałam sobie elegancko z nóżką na nóżce przed telewizorem. Obserwowałam świat w szklanym ekranie. Zazdrosnym okiem patrzyłam na te wszystkie zgrabne, ładne z białym uśmiechem, gdy nagle dotknął mnie palec Boży. A mamusia uczyła, żeby nie zazdrościć! Pyk, pyk. W lewym uchu dźwięk się urwał. Tak nagle, jakby ktoś radio wyłączył. Uczucie takie, jakby ucho zatkane było. To ja do łazienki w te pędy i przepychać: wodą, płynem specjalnym do czyszczenia uszu, pałeczkami, choć wiem, że nie wolno. Nawet podskakiwałam na jednej nodze z przechyloną łepetyną, waląc dłonią w to głuche ucho, myśląc, że pomoże. Nie pomogło. Trzy dni tak łaziłam. Głupie uczucie. W pracy jak do mnie mówili zza moich pleców, nie byłam wstanie rozpoznać po głosie kto to. Szumiało w głowie, jakby cały ocean tam się rozlał. W końcu udało mi się dotrzeć do laryngologa, co wyczynem w naszym kraju jest nie lada. Poszłam oczywiście prywatnie, bo w przychodni nie było szans, a nie wiedziałam, że jestem nagły przypadek. Teraz już wiem. Jak wam się wyłączy fonia w jednym uchu, to śmiało na pogotowie, bo właśnie jesteście nagłym przypadkiem. Ja nie wiedziałam. Poszłam do lekarza. Opowiadam mu, a on:

- Chyba pani panikuje – stwierdził i standardowe procedury wszczął, czyli czyścił moje ucho. Robił dokładnie to samo co ja w domu, tylko on profesjonalnie, bez skakania i za pieniądze. Moje, ciężko zarobione. Potem sprawdzał, czy słyszę. A ja oczywiście nic. Głucha cisza.

- Straciła pani słuch w jednym uchu – powiedział, zasiadając spokojnie za biurko. Bo przecież to mój słuch, a nie jego.

- Jak to? – nie dowierzam. Bo jak to możliwe? Przecież rodzice dali mi to „słyszenie” i ja myślałam, że to tak na zawsze. A tu limit się wyczerpał!

- No, tak się zdarza – wręcza mi wizytówkę, gdzie aparaty słuchowe można kupić. Leków nie przepisuje, bo mówi, że za późno i nic nie pomogą. Mówi tylko, że chyba zawód muszę zmienić. Kasuje za wizytę. Odprawia do drzwi. I koniec. Jajo moje w poczekalni na mnie wiernie wyczekuje. Widzi, że coś nie tak. Pyta, a ja nic. Łzy jak grochy po polikach. W końcu ryk rannego zwierza. Człapiemy do domu. Wreszcie Jaju opowiadam. Robię przy okazji analizę dotyczącą zmiany zawodu. Ale przecież ja nic oprócz tego, co robię, nie umiem.

Minęło kilka dni. I tak już prawie przyzwyczaiłam się, że głucha będę. Nawet miało to jedną zaletę, że jak leżałam na prawym uchu, można było gadać do mnie i gadać, a ja jak pień, nic. Co na kolację? A ja nic. Gdzie moje majtki? A ja nic. No, ale w pracy nie było już tak zabawnie.

W końcu moja mama wzięła sprawy w swoje ręce, bo nie ufała pierwszemu lepszemu lekarzowi i umówiła mnie (po znajomości) na wizytę u jakiegoś profesora. Pojechałyśmy. Pan lekarz mnie zbadał. Jak usłyszał, że to już 9 doba tej głuchoty, to zrezygnowany stwierdził, że tylko o cud mi przyjdzie się modlić, bo w nagłej głuchocie najważniejszy jest czas. Namawiał też na wytoczenie procesu temu partaczowi, który w 3 dobie już na mnie krzyżyk postawił.

Położono mnie do szpitala. Miejsc nie było, więc 3 dni na korytarzu przeleżałam, rycząc cały czas w poduszkę i czekając, aż się gdzieś łóżko zwolni. Kilku pocieszycieli nawet się znalazło. I taka z tego korzyść, że towarzysko można było się rozwinąć. Na laryngologii z reguły mało ciekawie się wygląda, bo co drugi pacjent z jakimiś rurami w nosie. Ja na szczęście tylko z kroplówą w łapie, więc prawie jak superlaska (tylko półgłucha). A na tym korytarzu jak na dworcu. Ludzie chodzą wte i wewte. Pacjenci, lekarze, odwiedzający. Blisko toaleta. No, po prostu super. A ja leżę i ryczę dzień i noc, nawet samozwańczy pocieszyciele nie pomagają. Lekarze podłączyli mi kroplówki z antybiotykiem i sterydami. Na wizytach ordynator machał na mnie ręką, że szans nie ma. A ja co? Bunt! Jak to nie ma? Jest! Musi się udać. Negocjacje z Absolutem prowadziłam. I tak w to wierzyłam uparcie, że w końcu 7 dnia jakieś dźwięki do tego mojego głuchego ucha dotarły. Udało się! Słuch przywrócili. Uratowali. Miałam szczęście! Ale doświadczenie nieziemskie pozostało. Więc jak Wam się fonia, nie daj Boże, wyłączy, to walcie od razu do szpitala, bo to ten moment, kiedy macie status nagłego przypadku.

A jeszcze dopowiem, że nie podano jednoznacznej przyczyny tej mojej głuchoty. Być może to z przepracowania, bo faktycznie zasuwałam wtedy jak koń w westernie. Na jakiś rok zwolniłam, żeby po chwili wrócić do kieratu. Raczej kiepsko u mnie z wyciąganiem wniosków z własnych doświadczeń.