Rodzicom  nastolatków powinno się chyba wręczać medale i może jeszcze leki uspakajające w pakiecie. Moje Jajo zrobiło sobie tatuaż. Co prawda musiałam na niego wyrazić zgodę i teraz mogę mieć pretensje sama do siebie. Negocjacje trwały dwa lata. Nie wiem, dlaczego się zgodziłam. Śmiem podejrzewać, że to moje Jajo mnie musiało w jakiś sposób otumanić. Innego wytłumaczenia nie ma. Wykupiło sobie grupon,  zapłaciło własną, z trudem uciułaną kasą. Już zaraz po urodzinach robiła plan finansowy na najbliższy miesiąc. I raczej rekinem finansów to moje Jajo jednak nie będzie. Zainwestowało w tatuaż i kosmetyki. A że kupując tusz do rzęs czy puder, raczej nie schyla się do najniższych półek (jak matka), to z urodzinowej kasy pozostało tylko miłe wspomnienie. A tu w perspektywie żadnych okazji do obdarowywania kaską nie będzie. Życie niemalże ascetyczne przyjdzie Jaju prowadzić. Zobaczymy, kiedy uśmiechnie się pięknie do mamusi. No, ale na zrobienie tatuażu pojechałyśmy razem, beze mnie by się nie obeszło. Po wejściu do salonu, łypałam okiem, czy czysto, prawie test białej rękawiczki przeprowadziłam. Spodziewałam się, że przywita nas łysy kark wytatuowany od stóp do głowy. A tu niespodzianka. Szczuplutki, z bródką, bez widocznych tatuaży, przed trzydziestką pan nas powitał w progu. Sympatyczny bardzo. Prawie mu Więcej >