Jazda tramwajem to skarbnica nowych tematów. Tak ostatnio stwierdziłam. Byłam świadkiem smutnego zdarzenia, jak to kieszonkowcy opróżnili pewnemu panu kieszenie. Co prawda nie widziałam kieszonkowców w akcji, a raczej skutki ich działania. Jedziemy sobie spokojnie tramwajem. Tłok. Ludzie się cisną, przepychają. Ja jak zwykle z ciężką torbą w garści i torebką na ramieniu (też dość ciężką, bo wyładowaną książkami). Jedziemy. Po kilkunastu minutach opustoszało. Usiadłam z ulgą. I nagle pewien pasażer jakoś nietypowo zaczął się zachowywać. A że w tramwaju się mocno rozluźniło, mogłam sobie spokojnie obserwować życie toczące się obok mnie. Pan podszedł do drzwi, jakby chciał wysiąść. Nagle ręka w kieszeń. Zatrzymał się. Wrócił do miejsca, w którym siedział. Buch na ziemię. Czegoś już w panice szukał. Znów łapki w kieszeń. Minę miał nietęgą. I nie dziwię mu się wcale. - Czy ktoś z państwa nie widział, żeby wypadł mi telefon? – zapytał w końcu. Tramwaj już jechał. Pan nie zdążył wysiąść, ale teraz ważniejszy miał problem. Ludzie po sobie. Nikt nie widział. Schylamy się. Patrzymy pod nogi, bo może wypadł. Potoczył się. A nic nie widać. Ani śladu. - Kurdę – rzucił pan w końcu. – Ukradziono mi telefon. Szlak by to trafił! I ludzie po sobie Więcej >