Kolejna scena z transportu publicznego podsunęła mi temat. Pan siedzący w tramwaju za mną rozmawiał przez telefon. Wiem, że podsłuchiwanie to nieładna rzecz, ale w tramwaju, wiadomo, jak nic się nie dzieje, to człowiek słucha, o czym inni mówią. Czasami trudno się wyłączyć, jak właściciel telefonu prawie krzyczy do słuchawki, żeby szum cywilizacji przekrzyczeć.

Pan rozmawiał z pracodawcą. Powiedział, że dzwoni w sprawie pracy, od kogo ma numer i tak dalej. Najbardziej jednak dramatyczne było, jak prosił o to zatrudnienie. Mniej więcej wyglądało to tak:

- Ja pana błagam… Mam chore dziecko… Z Downem… Błagam pana… Ja mogę za osiem złotych na godzinę… Umiem różne rzeczy, co trzeba będzie, to zrobię… Moje dziecko ma zespół Downa… Błagam…

Co chwilę używał słowa „błagam”. Aż ciarki po plecach. Siedział za mną, aż korciło mnie, żeby się obejrzeć i zobaczyć, ile może mieć lat, jak wygląda. Z ludzkiej głupiej ciekawości. Nie wypadało jednak. Dopiero kiedy wysiadałam, spojrzałam ukradkiem, chyba cały tramwaj na niego spoglądał, bo rozmowa dramatyczna. Nie wiem, dlaczego odbywał ją w tramwaju, bo ewidentnie on dzwonił, nie potencjalny pracodawca. Nawet przeszła mi przez głowę myśl, że może on celowo tak w tramwaju, bo wiadomo, dużo ludzi, może znajdzie się ktoś, kto da zatrudnienie. Mężczyzna około 50 lat. Wbity w krzesełko tramwajowe, jakiś taki przykurczony. Pewnie ciężarem życia, odpowiedzialnością za chore dziecko. Wyglądał przygnębiająco. Naprawdę. W dodatku wiedział, że żeby dostać pracę, musi wzbudzić litość. A jak wzbudzić litość, cholera jasna? Chorobą dziecka. I tak tym zespołem Downa jak transparentem machał w tramwaju. Zdesperowany. Bez wyjścia. Pewnie wolałby inaczej, jak człowiek, z godnością.

Kiedy wysiadłam, usłyszałam, jak młode dziewczyny, chyba studentki, rozmawiały o panu zszokowane.

- Słyszałaś? On chciał pracować za osiem złotych za godzinę – powiedziała jedna.

- Masakra, nie?

- No.

Z jednej strony taki przypadek. Z drugiej inny. Podobno w jakimś powiecie zorganizowano pracę dla bezrobotnych (malowanie, sprzątanie i remontowanie szkoły) na 1 miesiąc za 1600 zł. Na 300 osób połowa odmówiła, bo to: albo L4 przedstawili (taka epidemia, która dopadła kilkadziesiąt osób), albo praca nie dla nich, bo oni może woleliby na prezesów, albo dzieci nie mieli z kim zostawić, albo jeszcze jakiś inny ciekawszy powód wynaleźli. I jak człowiek tego słucha, to szlag go trafia. Mnie się zawsze wydawało, że lepiej mieć 1600 zł niż nic. No, ale może ja jakaś nieżyciowa jestem. Facet z tramwaju za 8 zł za godzinę błaga o pracę (a 8×8=64, to wystarczy pomnożyć przez ok. 20 dni i na pewno wyjdzie mniej niż 1600). A tamci wybrzydzają, że to nie dla nich. Masakra. Jak w dowcipie. Mówi bezrobotny do bezrobotnego: „Słuchaj, podobno rząd z bezrobociem zaczyna walkę.” Na to drugi odpowiada: „Spoko. Będziemy się bronić.”

I taki wniosek mi się nasunął, że jedni w okopach się zasiekami od pracy odgradzają, a inni gołymi rękoma barykady bezrobocia szturmują.