Jakiś czas temu moja przyjaciółka poprosiła mnie na chrzestną dla swojego synka. Oczywiście się zgodziłam, bo przecież dziecku się nie odmawia. Zawsze to jakieś wyróżnienie, przypieczętowanie przyjaźni… I jak zwał tak zwał, ale miałam być chrzestną. Wszystko przebiegało w należytym porządku. Jednak w kościele nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Nie tylko ja, bo mama dziecka tak samo, chrzestny i jego żona również. Jakaś totalna głupawka nas ogarnęła, a przecież niby już tak bardzo dorośli jesteśmy, że powinnyśmy wiedzieć, jak się zachować. Nie myślcie też, że to święcona woda na nas podziałała w ten sposób, że jakieś licho w nas chichotało. Wszystko było dobrze do pewnego momentu. Staliśmy przy drzwiach kościoła. Czekaliśmy. Bo zwyczaj taki, że ksiądz podchodzi i prowadzi rodziców, chrzestnych i dzieciątko do ołtarza. No, to my czekamy. Patrzymy. A tu jakiś nowy ksiądz. Przyglądamy się. Twarz znajoma jak nic. My na siebie. Na niego. On uśmiech od ucha do ucha, bo też nas rozpoznał. My uśmiechy do niego, bo w końcu jarzymy kto to. A to Grzesiek! Kolega szkolny. Co prawda z innej klasy. Rok chyba albo dwa niżej. „Gwiazda” ogólniaka. Taki delikatny zawsze, śmieszny. Na długich nogach. Chudzina. O blond włosach i niebieskich jak niebo oczkach. Więcej >