Jakiś czas temu moja przyjaciółka poprosiła mnie na chrzestną dla swojego synka. Oczywiście się zgodziłam, bo przecież dziecku się nie odmawia. Zawsze to jakieś wyróżnienie, przypieczętowanie przyjaźni… I jak zwał tak zwał, ale miałam być chrzestną. Wszystko przebiegało w należytym porządku. Jednak w kościele nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Nie tylko ja, bo mama dziecka tak samo, chrzestny i jego żona również. Jakaś totalna głupawka nas ogarnęła, a przecież niby już tak bardzo dorośli jesteśmy, że powinnyśmy wiedzieć, jak się zachować. Nie myślcie też, że to święcona woda na nas podziałała w ten sposób, że jakieś licho w nas chichotało.

Wszystko było dobrze do pewnego momentu. Staliśmy przy drzwiach kościoła. Czekaliśmy. Bo zwyczaj taki, że ksiądz podchodzi i prowadzi rodziców, chrzestnych i dzieciątko do ołtarza. No, to my czekamy. Patrzymy. A tu jakiś nowy ksiądz. Przyglądamy się. Twarz znajoma jak nic. My na siebie. Na niego. On uśmiech od ucha do ucha, bo też nas rozpoznał. My uśmiechy do niego, bo w końcu jarzymy kto to. A to Grzesiek! Kolega szkolny. Co prawda z innej klasy. Rok chyba albo dwa niżej. „Gwiazda” ogólniaka. Taki delikatny zawsze, śmieszny. Na długich nogach. Chudzina. O blond włosach i niebieskich jak niebo oczkach. We wszystkich szkolnych przedstawieniach się udzielał. Szczególnie tych wokalnych. Interesował się operą. Kiedyś nawet byłam u niego w domu, bo nasze mamy się znały. Płyty pokazywał. Raczył mnie swoimi ulubionymi ariami operowymi.

Zawsze to śmieszne było. Bo my jakiś The Doors, U2, The Cure, a on arie operowe. Próbował nas z nimi bezskutecznie oswajać. No, miał prawo, nikt mu nie bronił. My wszyscy wtedy myśleliśmy, że Grześ właśnie jakimś tenorem w operze zostanie, a on teraz szedł do nas od ołtarza. Uśmiechał się jak kiedyś. I jak tak szedł, my po sobie. I wtedy przed oczami stanął mi Grzesiu na szkolnej scenie. Jak śpiewał „Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki” (takim operowym głosem) i jak cała szkoła pękała ze śmiechu, bo to jakiś kabaret był czy coś takiego. I już przez cały chrzest, całą mszę miałam w głowie te „brunetki i blondynki”, nijak nie można było ich wyrzucić. I pycho się śmiało. I pycho Grzesia również w uśmiechu. Pewnie ciężko mu było mszę prowadzić, jak widział nas wszystkich takich uchachanych.

I tak sobie myślę, że życie czasami to płata niezłe niespodzianki. Może się okazać, że kolega ze szkolnej ławki politykiem został lub jakimś dostojnikiem kościelnym, lub w kronice kryminalnej jego portret pamięciowy oglądamy, lub życie celebryty prowadzi. Nigdy nie wiadomo, co los przyniesie.