Jedna rzecz ostatnio zmusiła mnie do zastanowienia. Jeżdżę czasami komunikacją miejską. Mam tę wątpliwą przyjemność. Co prawda zdarza się to rzadko, więc chyba nowicjuszem w tej dziedzinie jeszcze jestem. Ostatnio jednak nie spotkałam nikogo ciekawego, nie podsłuchałam żadnej pasjonującej rozmowy. Z tego względu więc zaczęłam czytać różne tabliczki informacyjne skierowane do podróżnych. I tu niby też standard. Ale nagle moją uwagę przykuła informacja, by „nie otwierać okien, bo obiekt klimatyzowany”. Hmmm… Akurat to był jeden z tych dni, kiedy rano wychodziło się opatulonym w ciepłą kurtkę, a wracało z tąże kurtką w łapie. No chyba, że komuś nie chciało się jej taszczyć w ręce, więc jej nie zdejmował. Upocił się taki człowiek, jak cholera. Ale co miał począć, jeżeli w rękach tachał jakieś teczki czy siaty z zakupami. I taki upocony wprost do tramwaju. No, okej. Każdy może się spocić, jeden lepiej, drugi trochę gorzej. I wiadomo, jak się wtedy jest niesympatycznym dla wrażliwych nosów współpasażerów. Dziękowałam Bogu, że wyszłam z domu w południe i pogoda się już wykrystalizowała. I taka świeżutka sobie tym tramwajem pomykałam na uczelnię. A ostry zapaszek unosił się nad niektórymi pasażerami. I wtedy właśnie chciałoby się otworzyć okno, bo przecież upału na zewnątrz nie ma. Owiałoby nas świeżutkie powietrze. Byłoby można głębsze wdechy brać, a tak człowiek spięty, bo musi uważać, żeby się nie sztachnąć. No, ale tabliczka wisi, że nie wolno, bo obiekt klimatyzowany. No, okej. Jak nie wolno, to nie wolno. Ale ja oczywiście zaraz główkuję i zastanawiam się, po co są okna. Bo przecież nie po to, by wietrzyć. Okno służy do wpuszczania światła i tyle. No, można sobie jeszcze podziwiać piękne widoki, o ile mamy szczęście nie stać pod pachą jakiegoś upoconego gościa. I w takich momentach cieszę się, że Bozia obdarowała mnie słusznym wzrostem, bo jak już, to ktoś sobie stanie pod moją pachą. Ha! I nawet mnie ta myśl rozweseliła, bo to zawsze lepiej jak ktoś, a nie ja, prawda?

No, ale rozmyślam jeszcze nad tą klimatyzacją. Fajnie jak w upalne dni można się chłodzić w środkach komunikacji miejskiej. Taki azyl miasto daje mieszkańcom. Ponadto mogą sobie powdychać dodatkowo kurz, bakterie, jakieś pasożyty i co tam jeszcze, nie wiem. I wszystko w cenie biletu. Zagnieździ się w nas potem jakiś pasożyt czy wirus i troszkę pohula, a co będziemy mu żałować. Wprowadził się, to może kiedyś wyprowadzi. A gdybyśmy otworzyli okno, to jeszcze mogłyby wlecieć jakieś owady i nie daj, Boże nas użądlić, ugryźć, wypić krew. Mógłby wpaść nam paproch w oko, mogłoby nas przewiać itp. Tyle niebezpieczeństw podczas jednej podróży! A więc niewątpliwie widać wyższość klimatyzacji nad wietrzeniem. No, jak sobie to tak racjonalnie wytłumaczyłam, to od razu mi lepiej. Może ja w domu nawet wietrzyć przestanę i klimę sobie zainstaluję, a co! Żadne komary nie będą mi wtedy straszne. Będą się rozbijać z rozpaczą na moich szczelnie zamkniętych oknach. Tak je załatwię! Niech nie myślą, że znajdą u mnie stołówkę, o nie! A już krążą, krwiopijcy paskudni!

*Zdjęcia z Wikipedii