Dzisiaj będzie bardzo krótki wpis, bo okoliczności nie sprzyjają klikaniu. Obiecałam, że poinformuję o przebiegu wojny podjazdowej pomiędzy Nutusiem a Mężusiem (o, jak pięknie się rymuje). Nawet Mężuś się dopominał, żebym ten wpis popełniła, bo muszę przyznać, że chyba zwyciężył. Zawziął się i zainwestował 120 zł, żeby kota powstrzymać przed łażeniem do sąsiadów. I muszę przyznać, że nawet pięknie to wykombinował. Nutuś wędrował od krańca do krańca, szukając słabego punktu. Na razie nie znalazł, więc oficjalnym zwycięzcą ogłaszam mojego Mężusia. No, chyba, że Nutuś obmyśla plan i faktycznie za kilka dni przejdzie na dietę, żeby przeszkodę wziąć górą. Na razie jednak ma odpowiednie obciążenie i raczej nad płotkiem się nie uniesie.

Mężuś był zawiedziony Waszym obstawianiem. Wszyscy stawialiście na kota. A wiadomo, że jak mężczyzna idzie na wojnę, to wyciąga najcięższą broń. Czekałam tylko, kiedy sobie barwy wojenne maźnie na twarzy. Niestety nie dał mi tej radości. Mężuś, uzbrojony we wkrętarkę i plastikowe płotki, umocnił siatkę od dołu. Nie ma takiej szpary, przez którą gruby kot by się przecisnął. Nutuś w zemście leżakował w moich smolinosach. To jedyny krzaczek w naszym ogródku (reszta roślinek dopiero w powijakach) i kapitalnie się pewnie w nim leży. Pakuje łeb w kwiaty i myśli, że go nie widać. Albo to taki punkt obserwacyjny. Może przygotowuje się do odwetu. Pewnie niedługo będzie miała miejsce kocia wendeta. Niech Mężuś drży. Chociaż widząc jego zaangażowanie, stwierdzam, że to już nie tylko walka o płotek, ale przede wszystkim o męski honor.