Ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy jestem przesądna. I stwierdzam, że chyba nie, chociaż gdybym była, być może uchroniłoby mnie to od przynajmniej jednego doświadczenia. Nie nazwę go błędem, bo jednak w wyniku tego „doświadczenia” przyszło na świat moje kochane, już lekko wyrośnięte, Jajo.

Jak każda przyszła panna młoda, marzyłam o pięknej białej sukni. Był to rok 1993, więc nie szerzyło się jeszcze ślubne szaleństwo z pogranicza cyrku i teatru.

Zaczynały się wtedy pojawiać wypożyczalnie sukien ślubnych. Żeby było taniej, bo przecież studentka groszem nie śmierdzi, postanowiłam wypożyczyć, bo przecież to tylko na jeden raz. Znalazłyśmy z mamą wypasioną wypożyczalnię, taką, która się w regionalnej TV reklamowała. Pojechałyśmy. Salon piękny. Panie sympatyczne. Opowiadam, jak bym chciała wyglądać. To miała być skromna sukienka, bez żadnych falbanek, kwiatków i innych błyskotek. Pani mi wynalazła. Piękną, skromną satynową sukienkę. Jej jedyną ozdobą był tren. Zadowolona zarezerwowałam suknię dwa miesiące przed ślubem. I żyłam sobie przez ten czas w błogiej świadomości, że suknia taka cudowna i że na pewno tam na mnie czeka z utęsknieniem.

Miałam ją odebrać w czwartek, tuż przed ślubem, który miał się odbyć tradycyjnie w sobotę.

Jadę sobie z rodzicami do Szczecina po odbiór sukienki. Podaję pani kwitek. Pani szuka. Druga robi nam kawkę, każe się rozgościć. Siadamy z mamą. Czekamy. Ja uchachana, bo przecież o białej sukni marzy każda dziewczynka. Chce raz w życiu poczuć się jak księżniczka, nawet choćby to miała być wypożyczona suknia.

Pani wraca. Podaje suknię. Ale już widzę, że coś nie tak, że tamta wyglądała inaczej. Ponadto tamta była śnieżnobiała, a ta jest lekko kremowa.

No, ale myślę sobie, że może ją w tym czasie wyidealizowałam. Mierzę. A tu dupa. To znaczy dupa się mieści, ale brzucho (choć wtedy było w sam raz) ni jak się dopiąć nie da. Suknia za krótka chyba z 30 cm, przy tym za ciasna. Mówię pani. A ona na to:

- Może pani przytyła? – pyta. Ja w śmiech. Niestety histeryczny, bo 7 kg schudłam przed ślubem z wrażenia, że to już.

- I może urosłam? – pytam już prawie przez łzy.

- No, tak – mówi pani i idzie szukać innej. Po chwili wraca i mówi, że pomyliły sukienki i moja właśnie jest w pralni, a potem jedzie do krawcowej, bo tren jest zniszczony i nadaje się do obcięcia. No, ładnie. Moja mama załamana. Ja już prawie ryczę jak bóbr. Bo jakże to? Nikt nie raczył mnie powiadomić, że suknia zniszczona?! Pani przeprasza. Szuka czegoś innego. Okazuje się, że przy moim wzroście nie jest łatwo. Jest 6 sukienek, które pasują na długość, ale są albo za szerokie, albo za wąskie, albo tak brzydkie, że łzy już zasuwają po moich policzkach jak szalone. Mama zdesperowana, prosi już o jakąś ze sklepu, nie z wypożyczalni, bo może kupimy w takim razie. Jednak okazuje się, że jedyna, w której wyglądałam jak cię mogę (czytaj: jak beza), to jakiś hiszpański model – hit w modzie ślubnej. Tak przynajmniej zapewnia nas pani. No i miałam suknię niczym bezę, z kilkoma rzędami falbanek. Bo przecież to hiszpańska! W ogóle wyglądałam jak jedna wielka falbanka. Co prawda na weselu wszystkim się ta suknia podobała. Babcia piała z zachwytu. Może i była ładna. Może. Ale ja chciałam skromną i prostą, bez falbanek…

Mogłam już wtedy wiać stamtąd, odwołać ślub i tyle. Ale ja nie. Uparłam się.

Najpierw odbył się ślub cywilny. I tu znów znak. Pani urzędniczka prosi nas i świadków do siebie. Prosi o dowody. Dajemy. A tu nagle świadek:

- Ja nie mam dowodu – mówi zadowolony. My na niego. Jak to nie ma?! Urzędniczka nie wierzy, mówi, że bez jego dowodu ślubu nie będzie. A świadek na to:

- Ale ja kłamać nie będę, powiem prawdę – wszyscy w śmiech. W końcu pani daje nam parę minut na przywiezienie dowodu. Czekamy. Już za nami kolejka, bo następni młodzi czekają. My tamujemy ruch. Też mogłam wtedy uciec, opatrzność dawała mi czas na zabranie nóg za pas. Ale nie.

W końcu urzędniczka dała nam ślub. Potem odbył się kościelny.

Msza. Ksiądz daje komunię. A tu nagle opłatek wypada mu z dłoni wprost w moje białe kwiaty. Ja w śmiech, bo ileż można. Ksiądz w panice grzebie łapą w kwiatach. I szepcze, że musimy go znaleźć, nowego dać nie może. A że wiącha była spora (bo przecież zamawiana pod skromną sukienkę), szukamy. W końcu jest! Pokazuję księdzu palcem. Odetchnął.

Tyle sygnałów, żeby jednak ślubu nie brać, a ja i tak w to zabrnęłam. Brakowało jeszcze tylko czarnego kota robiącego bramę i trzymającego w mordzie tabliczkę „Spieprzaj czym prędzej!” Zamiast palnąć się w łepetynę i wyciągnąć wnioski ze znaków, które dawała mi opatrzność, to ja jak ten koń z klapkami na oczach przed siebie…

A nasze małżeństwo trwało dokładnie 13 lat. Przypadek?