Dostałam ostatnio mejla od czytelniczki. Wiadomo, że ludzie listy piszą, nie zawsze by piać z zachwytu, jaki genialny blog. Pozwolę sobie dziś odwołać się do tego mejla publicznie, bo mnie lekko zirytował, ale i wprawił w zadumę. A ja spokojny człowiek jestem, tylko żeby mi po odciskach nie deptać.

Pani mi napisała, że owszem blog niczego sobie, czyta się dobrze, jest wesoło, ale łatwo się tak „cieszyć jak głupi do sera”, kiedy w życiu wszystko pięknie się układa, i że ja tak naprawdę życia nie znam, bo „pod kloszem Mężusia sobie żyję”.

Hmmm…

Założyłam sobie, że do przeszłości wracać nie będę, chociaż zdarzyło mi się raz czy dwa. Ale jednak muszę. Bo że teraz jest mi dobrze i że jestem „pod szczęśliwym kloszem swego Mężusia”, to nie znaczy, że tak było zawsze.

W moim życiu było różnie. Los przeczołgał mnie jak należy. Sprawiedliwie. Wiem, co to znaczy jechać samochodem, szukać drzewa, na którym najlepiej byłoby się rozwalić. Doskonale znam to uczucie. Pamiętam, jak nieraz wracałam z pracy autem (kilkanaście kilometrów), łzy ciekły po policzkach na samą myśl, że muszę wrócić do domu i niewiele widząc, myślałam o tym, żeby swój żywot na jakimś pieprzonym drzewie zakończyć. Wiem, co to znaczy, kiedy nie chce się wstać z łóżka, by żyć, a cała szafa zawalona jest czarnymi ubraniami. Byłam pewna, że nic, a to nic dobrego mnie już nie czeka. Że całe życie o kant dupy można rozbić.

Pamiętam, jak pierwszy mąż po nocy wymykał się z domu do kochanki. A mnie było wszystko jedno, udawałam, że śpię, że nie widzę. Sama nie wiem dlaczego. A potem słuchałam kłamstw powtarzanych jak mantrę. Wmawiałam sobie, że jednak to niemożliwe, że nie zrobiłby tego, a potem znów w nocy się wymykał. Było mi źle, niedawno straciłam dziecko. Czułam się samotna, brzydka, zaniedbana, zakompleksiona, niekochana… I mogłabym tak wymieniać bez końca.

A potem pamiętam… Sylwester. Około 19. Telefon. Zadzwoniła ona. I powiedziała mi, jaką właśnie mu oralną przyjemność zrobiła, że przed chwilą od niej wyszedł itp. Wtedy już nie mogłam udawać, że on by nie mógł. Mógłby. I to jak! Systematycznie. Przez wiele miesięcy. Ale jeszcze wtedy się nie przyznał. Mimo to obiecał, że się z nią już nie zobaczy. Ale potem musiał załatwić kilka spraw „honorowych”, więc do niej chodził.

A ja siedziałam w domu z kartką w ręku, robiąc listę „za” i „przeciw”, zastanawiając się, czy się rozwieść czy nie. Jak to powiedzieć rodzicom? Jak córce? Jak potem żyć? Nie chciałam być sama. Bałam się samotności. Ale w końcu zdecydowałam, że tak się nie da. Był pozew. Wtedy w niego diabeł wstąpił na całego, urażona została męska duma. Straszył gwałtem, popychał, a jego matka mówiła, że ma prawo, bo jest jeszcze moim mężem. Kilka razy obudziłam się w nocy, a on stał nade mną z takim wyrazem twarzy, jakby miał mnie zabić. Tak się wtedy bałam! A rodzinie wmawiał, że ja wariatka, że oszalałam, że zmyślam…

W końcu się jednak udało. Odzyskałam spokój i wolność, ale wiarę w siebie odbudować trudniej. Kompleksów uleczyć się nie da ot tak. A potem pojawił się mój obecny Mężuś. Nigdy nie myślałam, że będziemy razem. Zaprzyjaźniliśmy się, dużo rozmawialiśmy. Aż w końcu się zakochaliśmy. Ale tak dojrzale, pięknie. Nikt tak we mnie nie wierzy jak ON. Doceniam to, co mam. Cieszę się każdą chwilą, bo nigdy nie miałam tego, co mam teraz. Poczucie bezpieczeństwa, miłość, zaufanie, zrozumienie, prawdziwy dom pachnący ciastem… Cieszę się tym jak głupek, zachwycam się każdym dniem, tym, co się wokół mnie dzieje. Kocham mojego Mężusia najmocniej na świecie i nikomu go nie oddam. I będę „cieszyć się jak głupi do sera”, bo życie jest takie krótkie.