Dzisiaj mam urodziny i imieniny. Hurtem. Moi rodzice mnie tak urządzili.

Wiadomo, kiedyś nie było USG i płeć dziecka można było „przepowiedzieć” na podstawie kształtu brzucha i apetytu na kwaśne lub słodkie. I tak moi rodzice sobie wyprorokowali, że synka mieć będą. Pewni byli na 100 % i nie przewidywali dziewczynki, a w tym utwierdzał ich cały sztab ciotek, matek i babek. A w ogóle ta ciąża dziwna była, bo ja z bliźniaków jestem. Moja mama poroniła. Jednak okazało się, że to bliźniaki dwujajowe były. Słabsze odpadło, bo nie chcę podejrzewać, że je wykopałam, coby konkurencji się pozbyć. Ja przetrwałam i w zakamarkach mamusinej macicy się rozwijałam jak należy. Mama mówi, że 3600 g ważyłam i że bardzo krótka byłam. Nie pamięta, ile centymetrów dokładnie, ale że taki krótki bobas się jej trafił. Za to teraz natura mi tę mizerną długość zrekompensowała i wyrosłam na 174 cm!

Wracając jednak do tego, że miałam być chłopcem… Rodzice jedno imię przygotowali dla dziecka. „Tomasz” mi wymyślili. Jednak niespodziankę im zrobiłam, bo urodziłam się i wszelkie znaki nie tylko na niebie i ziemi, ale i moim ciele wskazywały na to, że jestem płci niewieściej. A imienia nie mieli. Od czego jednak kalendarz. Spojrzeli na datę. 26 lipca. Przeczytali imiona i padło na „Anna”. Rodzice stwierdzili, że sama sobie imię na świat przyniosłam i tak zostało. Chociaż podobno babcia się upierała, żeby Katarzynę ze mnie zrobić. Rodzice się nie dali jednak przekabacić, chociaż mama później często na mnie „Kaśka” wołała. Mam nadzieję, że nie kombinowali w dniu moich urodzin, coby taniej z prezentami było i za jednym zamachem urodziny i imieniny dziecku sprawić. I tak zawsze już poszkodowana byłam, bo wszystko hurtem obchodziłam. W dodatku w wakacje wszyscy byli w rozjazdach i porządnej imprezy urodzinowo-imieninowej nigdy nie mogłam sobie wyprawić.

A imię „Anna” podobno oznacza ‘miła, łagodna, przyjemna’. Z ciekawości poszperałam w internecie, jakie są osoby o tym imieniu. Uśmiałam się troszkę, bo okazało się, że Anny wierzą tylko w siebie i mają monopol na rację, są zaborcze i nie przestają na jednym mężu [sic!]. Bardzo analityczne, z intuicją graniczącą prawie z jasnowidztwem. Przeczuwają, odgadują i… ani się nie obejrzysz, jak otoczą swym urokiem. Jakby co, służę więc swoim darem jasnowidzenia. A jak bym dołożyła do tego cechy zodiakalnej lwicy, to niezła mieszanka by wyszła. Normalnie tyran ze mnie żądny władzy, despota i dyktator. Ale jest też pozytywna cecha: chłonny i błyskotliwy umysł. Chociaż tyle, bo już normalnie sama siebie zaczynałam się bać. Acha, są też wrażliwość i zdolności twórcze. Czyli nie jest aż tak źle. Da się żyć ze mną. Chyba. Mężuś daje radę. Dzielnie to znosi. Jajo również. Rodzice też wytrzymali ze mną pod jednym dachem te dwadzieścia parę lat w dość dobrym zdrowiu.

A jeszcze wynalazłam przysłowia z moim pięknym imieniem:

Od świętej Anki zimne noce i poranki.
Szczęśliwy kto na świętą Annę upatrzy sobie pannę.

I na koniec jeszcze pochwalę się pierwszym imieninowo-urodzinowym prezentem, jaki dostałam od… Ulibrzyduli. Normalnie mi taką niespodziankę zrobiła, że do tej pory nie mogę otrząsnąć się z szoku. Uluś, dzięki bardzo po raz enty. I wielkie dzięki dla Twojego Piotra, który specjalnie dla mnie zrobił malutki albumik na zdjęcia, taki do torebki. Normalnie skarb nie chłop. Ściskam Was ciepło.

No, to teraz mogę przyjąć nieograniczoną liczbę życzeń, żeby nie myśleć o kolejnym krzyżyku na karku. Bożeż Ty, to już 41 wiosen po tym świecie łażę!

 

 

PS  Wszystkim Ankom życzę dzisiaj tego, co imieninowe, a tym, którzy obchodzą dzisiaj urodziny tego, co urodzinowe. Tak po sprawiedliwości.

Oddzielne życzenia składam jednak mojej cioci-imienniczce z Jaworzna. Wielka buźka, ciociu!!!