Wczoraj Wypisana przypomniała mi pewną zabawną sytuację. Jak trudno rodzicom rozmawiać o dojrzewaniu i seksie z własnymi dziećmi, to chyba wiadomo. Pamiętam, jak byłam zażenowana, kiedy mama opowiadała mi o antykoncepcji i pamiętam, że podobnie zażenowana byłam, kiedy o tym rozmawiałam z własnym dzieckiem. Ale chyba najlepszym specjalistą od takich rozmów był mój osobisty tatuś.

W pewnym momencie mojego żywota rodzice mieli dwa mieszkania. Oddalone od siebie o 24 km. Jedno w mieście, w którym uczył się w technikum mój 17-letni brat i drugie na wsi (był to jeszcze niedokończony dom, ale w nim już mieszkali rodzice z bratem). Ja w tym czasie byłam studentką i mieszkałam sobie w akademiku w innym mieście. Tak zwanym wojewódzkim. Ale każde z nas miało klucze do starego mieszkania.

Pewnego dnia rodzice się zaniepokoili, że brat nie wrócił do domu. Nie było wtedy telefonów komórkowych, a stacjonarnego rodzice nie posiadali. Mama chodziła od okna do okna, wyglądając gówniarza, który nie wiadomo czemu nie raczył po szkole wrócić w domowe pielesze. Tak się zdenerwowała, że oczywiście nie mogła zasnąć i w końcu z ojcem postanowili, że jadą do miasta sprawdzić w starym mieszkaniu, czy gówniarz tam nie został na noc. Mógł przecież spóźnić się na ostatni autobus albo nie daj, Boże, coś złego mogło się mu przydarzyć. Rodzice ruszyli z misją ratunkową.

Wchodzą do mieszkania, a tam zdziwiony synuś z jakąś blond niewiastą. Mama wpadła w furię, bo według niej synuś był dzieciaczkiem i nie powinien o TAKICH rzeczach nawet myśleć. Tata uśmiechał się pod nosem tak, by mama nie widziała jego radochy, i jakoś tak dziwnie wyprężał pierś.

Mama niczym najlepszy detektyw przesłuchała dziewczynę. Podobno odbyło się bez lampy w oczy. Bo jakże to?! Dziewczę niepełnoletnie, sam na sam z jej synusiem. A rodzice dziewczyny może dzieciaka też szukają. Po przesłuchaniu i ustaleniu imienia, nazwiska, adresu, wieku, szkoły i klasy (o numer buta chyba mama nie pytała) zapakowano parkę do auta i dziewczę zostało odstawione pod dom. Być może z cnotą dzielnie ocaloną przez moją mamę. Nie wiem, brat tę część zbył milczeniem, a ja nie dociekałam. Nie wiem też, czy mama odpuściła sobie jeszcze rozmowę z jej rodzicami. Brat miał kazanie przez 24 km. Skonfiskowano mu również klucze do mieszkania. Ale podejrzewam, że i tak dzielnie sobie radził w inny sposób.

Na drugi dzień mama nakazała ojcu przeprowadzić bardzo poważną rozmowę z synem na temat seksu i antykoncepcji. O jej przebiegu opowiedział mi brat:

Tata wchodzi do pokoju. Drapie się po głowie. Robi kilka kroków. Ogląda książki na półkach. Bierze jedną. Odkłada. Bierze drugą. Również odkłada.

Brat pyta, o co chodzi, bo normalnie to nie wygląda. Poczytać przyszedł czy co?

- A tak… – odpowiada ojciec i siada przy biurku. Co chwilę patrzy na zegarek.

- Co jest? – pyta brat. – Co? Mama ci kazała?

Ojciec kiwa potakująco głową. Kręci się na krześle, wierci niespokojnie. Wstaje. Łazi. Znów na zegarek. Brat lekko zdezorientowany.

W końcu ojciec podchodzi do niego bliżej.

- Synu, jestem z ciebie dumny – klepie go po ramieniu. – Moja krew. – Patrzy na zegarek i wychodzi. Koniec rozmowy.

Potem się okazało, że sprawdzał, która godzina, by w mamie nie wzbudzić podejrzenia co do długości pogadanki.

I tak mój tatuś przeprowadził rozmowę wychowawczą ze swoim synem. Uświadomił go co do seksu i antykoncepcji. Mama była zadowolona i przez wiele lat żyła sobie w nieświadomości, przekonana, że jej mąż spełnił jak należy swój obowiązek rodzicielski. A brat już lepiej się ukrywał ze swoimi dziewczynami, coby mamusi o palpitację serca nie przyprawić.

Rozmowy o seksie z własnymi dziećmi to tematy trudne i każdy radzi sobie jak umie. Mój tatuś nie miał lepszego pomysłu na pogadankę, ponadto był szczerze dumny z tego, że syn rozpoczyna podboje seksualne. Bo przecież to jego krew.