Tak ostatnio w chwili nudów surfowałam sobie po necie. Miałam pół godziny dla siebie. Niczego konkretnego nie szukałam. Ot, tak przeglądałam sobie informacje. Od czasu do czasu jednak wpadały mi w oko jakieś „sensacyjne” wiadomości. A to jakiś aktor ma romans, aktorka poderwała kogoś, a potem jeszcze na dokładkę jego syna. A to jakiemuś celebrycie i jego partnerce urodziło się dziecko.

I tak przeglądam tę papkę, i myślę. Wiem, że to dziwne po takiej dawce głupot, ale jakoś się samo uruchomiło. Styki zadziałały. Jedna rzecz zwróciła moją uwagę. W zasadzie zastanawiałam się nad tym już wcześniej, ale teraz może to zwerbalizuję. Chodzi mi o określenia „drugiej połówki”. Jak nazwać kogoś, kto nie jest mężem ani żoną, a żyje w związku? Ha. Oto jest pytanie. Pamiętam, jak jeszcze z moim Mężusiem zarzekaliśmy się, że nigdy żadnych ślubów, a potem niejednokrotnie czuliśmy dyskomfort, przedstawiając się wzajemnie komuś obcemu, a nie daj Boże w urzędzie. No, bo jak? Narzeczony? Około 40 to jakoś śmiesznie brzmi. Mój chłopak? Moja dziewczyna? No-żeż, to dopiero. No, to może partner? Przyjaciel? A może konkubent? Każde z tych określeń było jakoś nacechowane. A konkubent? Toż to kronika kryminalna.

I tak, kiedy łykałam tę internetową papkę, znów się nad tym zastanowiłam. Zauważyłam bowiem pewną regularność. Jak pisano o kimś nic nieznaczącym to „konkubent, konkubina”. W relacjach z rozpraw sądowych oczywiście również. Natomiast jak wspominano o celebrycie, to on nigdy nie miał konkubiny, ba, rzadko miał kochankę (no, chyba że była to właśnie świeżutka plotka, to wtedy owszem), najczęściej posiadał partnerkę.

Czyli określenia te są ściśle uzależnione od poziomu egzystencji, sławy i pieniędzy. Czyli ja na przykład miałabym konkubenta, ale taki (załóżmy) Szyc – partnerkę.

Nie uważacie, że to lekko dziwne, żeby leksyka uzależniona była od zasobności portfela oraz popularności? Hmmm. Mnie to zastanowiło. Ha! Zaczynam też podejrzewać, że przed sądem celebryta też być może miałby partnerkę, a ja dalej konkubenta.

Dlatego między innymi postanowiliśmy z Mężusiem zalegalizować związek. Nie mamy teraz problemów z nazewnictwem. Chociaż kiedyś się zapierałam, że można na mnie mówić nawet „czarna dupa”, a ślubu i tak nie potrzebuję. Okazało się jednak, że nie ma się co zapierać, bo jeszcze ta „czarna dupa” może dla niektórych brzmieć dość przyjemnie, jednak „konkubent” czy „konkubina” kojarzą się z totalną patologią . Ponadto jeszcze jedna z tego korzyść. Bo jak nie daj Boże, kopnę w kalendarz, to mój Mężuś odziedziczy po mnie mój kawałek domu i nie będzie musiał za to płacić podatku. A gdybyśmy nie byli małżeństwem i nawet jak bym w testamencie na niego swój kawałek przepisała, to musiałby zapłacić za niego podatek od darowizny. I nikogo by nie obchodziło, że kupiliśmy i remontowaliśmy go razem. Konkubent to obcy. Dobrze, że jeszcze nie kosmita… ;-)