Siedzę sobie wczoraj, przeglądam blogi, odpowiadam na komentarze. Luz blues. A tu nagle w radiu słyszę, że Dzień Chłopaka. Ożeż, ty! Że ja zapomniałam, nie zakodowałam?! To nic, że my z Mężusiem wszelkie dni kobiet, chłopaków, mężczyzn, dzieci i wszelkich gadów uważamy za durne strasznie i nie obchodzimy. Przynajmniej teoretycznie, bo praktyka, wiadomo, niewiele ma wspólnego z teorią. Kurczę blade, toż przecież Jajo od tygodnia gada, że Dzień Chłopaka. Przecież rysowało z tej okazji cały weekend portret zbiorowy kolegów z klasy. I przecież na kolana matkę rzuciło tym rysunkiem. I w dumę wprawiło. Bo że ja takiego geniusza na świat wydałam, toż to normalnie aż dziw bierze. Że ja? I jest nadzieja, że to Jajo w przyszłości swym talentem na chleb zarobi. Ewentualnie bez masełka i szyneczki, no ale nie ma co być zachłannym. Jak będzie chleb, z głodu nie umrze.

No i kiedy mnie tak przy „Powtórce z rozrywki” („Trójka”) oświeciło, że Dzień Chłopaka, a ja w domu przecież takiego posiadam, to szybko buty, kurtka, torba i do sklepu, jakąś niespodziankę zrobić. Bo że chłopak w tym moim Mężusiu tkwi ciągle, to żadnej, a to żadnej wątpliwości nie ulega. Młoda dusza w nim jak nic, chociaż już niedługo pół wieku mu strzeli i czasami jak sobie uświadomię, ile to Mężusio wiosen liczy, to aż trudno uwierzyć. Kiedyś wydawało mi się, że w tym wieku to już bujany fotel i kapciuchy. A nie rower, piesze wędrówki i wspinanie się po górach (nie wspomnę o innych „wygibasach”).

Zasuwam do sklepu, by jakąś niespodziankę sprawić chłopakowi tkwiącemu w mym osobistym Mężusiu. Po drodze burza mózgów. W zasadzie mózgu, bo niestety dysponuję jednym. Co prawda czasami lekko on szwankuje, ale wczoraj w stan gotowości został postawiony, więc zasuwał jak szalony. Hmmm. Obiadek dobry być musi. Tak jak Mężuś lubi. Warzywa, kurczaczek – będzie po chińsku, do tego ryż – brązowy przemycę, by było zdrowo, może się nie domyśli (kapnął się jednak, że coś z ryżem nie tak). Ha! Obiadek jest. A teraz prezent. Kurza twarz! Co można kupić facetowi? Odwieczny problem. Ja wiem, że ferrari czerwone mu się marzy, ale to dopiero, jak ten pierwszy milion zarobię. Trzeba co innego. Zerkam w portfel. Cinko, cinko, ale dam radę. Bo co? Ja nie dam rady? I nagle oświecenie! Przecież Mężuś nie ma cieplejszej piżamy, a w domu nie zawsze da się na golasa pomykać, nie tylko ze względu na Jajo, ale i dość wysokie ceny gazu, więc piżamka będzie. Oglądam. Ożeż, sześć rodzajów. Wszystkie ładne. I teraz nie wiem, normalnie jakby osiołkowi w żłoby dano. W końcu jest decyzja, jest piżamka, jest prezent. Lecę więc do domu, bo Mężuś wróci, a ja szlajam się w niewiadomych celach.

W pierwszej chwili chcę ją zapakować i dać mu po obiadku, ale nie. Nie będzie tak łatwo. Układam ją elegancko na  poduszce, zobaczy wieczorem. Tak go przetrzymam w niepewności, że niby zapomniałam.

Zobaczył! Ha! I nawet zauważył, że nowa! I cieszył się, i od razu zapakował w nią swoje ciałko!

A jeszcze dzisiaj wszystkim chłopkom, co to w duszy grają moim czytelnikom płci męskiej, spóźnione życzenia składam. Buźka wielka, Panowie i wybaczcie, że mam lekkie opóźnienie.