Doznałam iluminacji. Niczym  św. Augustyn. Tylko troszkę w innej materii niż on. Normalnie spadło na mnie oświecenie jak grom z jasnego nieba.

Pisałam kiedyś, że nie znam angielskiego i w tej dziedzinie Jajo mądrzejsze od kury. Niestety. Ale jednak nieoczekiwanie okazało się, że ja znam angielski. Takiego oświecenia doznałam i w dodatku mam to na piśmie, normalnie czarno na białym.

Przeglądam sobie ostatnio moje dokumenty. Jajo mi towarzyszy. Wyciągam stosy świadectw, zaświadczeń, certyfikatów różnej maści. I sama się dziwię, skąd tyle tego. Jajo stwierdza, że chyba mi się musiało kiedyś w życiu bardzo nudzić i pewnie nikt mnie nie lubił, bo moje życie towarzyskie przy tych wszystkich papierach musiało marnie wyglądać. No, a mnie duma rozpościera, że matka ze mnie taka prawie uczona. I nagle patrzę, a moim oczom ukazuje się certyfikat potwierdzający znajomość angielskiego na poziomie podstawowym, do tego zaraz w ręce wpada stosowne zaświadczenie z pieczątkami jak należy. Ha! Jaju pod nos podtykam. I cieszę się, bo całkowicie o tym zapomniałam. A faktycznie cztery lat temu zapisałam się na jakiś kurs sponsorowany przez UE. Kurs był intensywny. Trzy razy w tygodniu po trzy godziny przez dwa miesiące. Po pracy jeździłam na niego 40 km. Oczywiście nawet nie miałam czasu tego wszystkiego się uczyć, choć starałam się bardzo. I pamiętam jak Jajo prace domowe mi sprawdzało. Ja w próg, a Jajo od razu: „Pokaż, co Ci zadali”. A potem się rechotało, jak matka źle zrobiła.

Kurs był intensywny, można byłoby się nauczyć nawet, ale pamiętam, jak wkurzało mnie to, że z tych 3 godzin, jedna szła na plotki, bo kobitki robiły wszystko, by z prowadzącą o dupie Maryni pogadać. Zwróciłam raz czy drugi uwagę. Mówię, że przyjeżdżam te 40 km, żeby jednak czegoś się nauczyć. Ale nie dało rady, bo siła plotkowania zwyciężała nad zdrowym rozsądkiem uczestniczek. A ja o dupie Maryni to sobie mogę z koleżanką przy kawce, a nie na kursie. Jeszcze rozumiem, żeby był obowiązkowy i ktoś im kazał, to wiadomo, że powinnością takiego ucznia jest kombinować na wszelkie sposoby, by nauczyciela od tematu odwieść.

A teraz no proszę, Jaju certyfikat pod nos podtykam. I chwalę się, niech patrzy, że matka jednak ten angielski zna. A Jajo nie wiadomo czemu rechocze i pokłada się na podłodze ze śmiechu.

No, to powiedz coś – prowokuje mnie do wynurzeń w obcym języku.

Ale nie wiem co – odpowiadam wymijająco.

Byle co.

No, to mówię w końcu „dzień dobry”, „tak”, „nie”, „kocham cię”. Ale Jajo nie odpuszcza.

Powiedz: „to jest kot”.

No to dukam. Jajo się śmieje. I mędrkuje, poprawia. A ja zadowolona mówię, że przecież w CV sobie ten certyfikat wpiszę, bo przecież ważne osiągnięcie, a ja na śmierć zapomniałam. O pracę się staram, to będzie jak znalazł. Jajo milknie nagle. I tak patrzy na mnie.

A jak cię o coś po angielsku zapytają?

No, to umiem przecież „tak”, „nie”, jakoś się zaimprowizuje. A ponadto zapisałam się na kurs, więc do tego czasu co nieco się przypomni.

Jajo kiwa głową. Coś po angielsku do mnie gada. I znów rechocze, ale prawie tak szatańsko. Normalnie aż ciarki przechodzą. Że ja na własnej piersi sobie takie mądralińskie Jajo wyhodowałam?! Ale jest sposób. To ja z drugiej mańki pytam, czy przeczytało już to moje mądre Jajo „Dziadów” część III i Jajo nagle jakoś tak milknie i stwierdza, że musi iść do siebie się pouczyć. Na pytanie jednak nie odpowiada. A po polsku spytałam przecież. Wyraźnie i wyraziście na dodatek.