Zawsze wiedziałam, że niektórym ludziom trudno o asertywność. Sama niejednokrotnie miałam z tym problem. Jednak brak asertywności i totalna głupota faceta, który opowiedział mi tę historię, po prostu mnie powaliły.

Wyobraźcie więc sobie taki myk. Jest facet. Facet jak facet. Ma żonę i dziecko. Niby norma. Ale facet lekko znudzony byciem mężem i tatusiem próbuje sprawdzać, czy działa jeszcze na kobiety jak to drzewiej bywało. Kokietuje więc każdą. W sklepie, na stacji paliw, w pracy, w przychodni. Gdzie się da. Takie zawody sobie uskutecznia. Twierdzi, że to tak, by się dowartościować, przypomnieć sobie, jak to jest na „polowaniu”. Przecież testosteron mu się uszami wylewa i dla jednej żony szkoda, można przecież uszczęśliwić wiele kobiet.

Może filmów za dużo się naoglądał i na mózg mu padło, czort wie.

No, ale tak sobie kokietuje i kokietuje, potem flirtuje. Najczęściej ze sprzedawczyniami w sklepach, bo najłatwiej, niby zakupy, a tu oczko, uśmiech, potem kawa. Przecież kawa i rozmowa to nic złego. Tak się tłumaczy przed sobą, bo chyba nie przede mną. Co mnie to.

W końcu jedna z pań ulega jego zalotom. Kawkuje z nim, robi sobie nadzieję. Co z tego, że ma żonę. Żona przecież zła, nie rozumie tak jak ona, znudziła się, nie dba o siebie, zarobiona, bo ciągle przy dzieciaku biega. A on młody, ma swoje potrzeby, zasługuje na więcej. I ona mu to da. Jednak on co chwilę jej mówi, że nie chce się rozwieść, że kocha żonę, że to tylko taki kryzys, minie, a on znów wróci na rodziny łono. To kobieta pyta, jak on ten problem rozwiązuje. On tłumaczy, że właśnie się próbuje dowartościować, przypomnieć sobie, jak to bywało kiedyś, kiedy robił wrażenie na kobietach. I tak to trwa. Kawka, spotkanie, rozmowa. Potem ona mu siada na kolanach. Tak niby żartem. To co? Miał ją zrzucić? Toż on przecież dżentelmen, a dżentelmen nie traktuje tak kobiety. Ona na tych jego kolanach, niby muska go włosami, niby uszko przez przypadek dotyka. A on czuje, że coś się dzieje, że odzyskuje wiarę w siebie, bo podniecenie jest. Eureka! Jeszcze wszystko działa jak należy.

Potem już trudno przestać się z nią spotykać. Bo przy niej to on normalnie macho taki, że hej. Żona oczywiście wierzy święcie w niewinność swego małżonka, bo on tak ciężko pracuje. A on w tym czasie kawka, cmok, cmok. Niewinnie. Nic złego przecież nie robi. Siedzi z nią w samochodzie. Rozmowa. Tiuti tiuti. A tu ona zła, niedobra nagle mu za przyrodzenie łapie. W pierwszej chwili chce wybiegać, strząsnąć jej rękę, krzyczeć nawet, pomocy wzywać. No, ale przecież to niegrzeczne, dziewczyna chce, by było miło, więc on nie może tak się zachować.  Może ma potrzebę za coś twardego potrzymać, a niech ma, co tam jemu szkodzi. Poddaje się. Nic złego przecież nie robi. On ani jej nie dotknął. To wszystko ona.

Potem wraca na rodziny łono i co robić? Co teraz? Powiedzieć żonie czy nie powiedzieć? W sumie o czym? Nic nie zrobił. A żonę przecież kocha, tamtą tylko pożąda.

A ja co? Słucham i uszom nie wierzę. Debil? Czy jak?