Raz w tygodniu chodzę na fitness. Nie jest to wyczyn, którym można by się chwalić, bo pewnie jeden raz w tygodniu, to trochę mało, jednak nie taki miałam zamiar, by tutaj jakieś przechwałki czynić.

Wiadomo, jak jest w takiej sali do ćwiczeń. Wielkie lustra na ścianie. I niby w tym nic niezwykłego, bo  człowiek musi widzieć, jak mu się ciało układa, ale na mnie to działa dość rozweselająco. Nie żebym dużego lustra w domu nie miała, lecz nigdy nie spędzam przed nim aż tylu minut co na fitnessie. Tutaj to się napatrzę dokładnie. Jak mi się co nieco zmarszczy, zwinie, opadnie lub zatrzęsie. Normalnie stwierdzam,  że to jest jeden ze sposobów dręczenia ludzkości. A jeszcze jak się człowiek spoci, zaczerwieni, toż to sama rozkosz tak patrzeć na swoje odbicie.

I tak dopadają mnie różne refleksje pomiędzy jednym a drugim ćwiczeniem. Bardzo wyraźnie widzę, jak przegrywam z kretesem walkę z grawitacją. Nie, żebym nagle chciała ją całkowicie pokonać, ale chociaż troszeczkę to mogłaby dać mi fory. Przecież widzi jędza, jak się staram, wymachuję nogą, robię brzuszki, nie? Trochę litości by się przydało. A ona, normalnie działa nie fair.

Leżę sobie na boku tak jak instruktor kazał. Niby taka foczka na plaży. Akurat z facjatą na wprost wielkiego lustra. Głowę kładę na wyciągniętej ręce. I wtedy dociera do mnie to, co widzę. Normalnie moja skóra na twarzy robi zwis. Taki ku ziemi. Policzek opadł mi na wyciągniętą rękę. Ja, pierdzielę. To się dzieje naprawdę. Nie dość że cycki walkę z grawitacją mają już w plecy od jakiegoś czasu. Tyłek też walczył dzielnie, ale niestety wymiękł. Dosłownie i w przenośni. To jeszcze teraz gęba zwis zrobiła. A to franca jedna, teraz za skórę na gębie się zabrała!

Na ten widok. Napinam skórę na facjacie. Czyli robię dzióbek.  I z takim kretyńskim wyrazem twarzy leżę. Nie wytrzymuję. Parskam śmiechem. Tak przed lustrem. Na swój widok. Groteska. Instruktor się zaniepokoił, że może właśnie schodzę z tego świata, bo jakoś tak mi się zbyt głośno parsknęło. Podchodzi i pyta, czy wszystko w porządku. Kiwam głową, że tak. No, ale przecież nie powiem mu, że gówno, a nie w porządku, bo moja twarz opada mi na ramię. Normalnie pospolity zwis robi. W domu tego nie zauważam, bo w pozycji pionowej raczej w lustrze się przeglądam. Ale teraz myślę, że jak leżę sobie w łóżeczku, to mój Mężuś ten zwis widzi. Ożeż, ty! Kurza twarz! I że on jeszcze mi o tym nie powiedział? I znów parskam, bo sobie wyobrażam, jak Mężuś wieczorem mówi: „Kochanie, twarz ci się obsunęła na poduszkę”. Instruktor znów zaniepokojony podchodzi. Ogarniam się więc. Powagę zachowuję i na wszelki wypadek już w lustro nie patrzę. A niech, ta franca grawitacja w dupę mnie pocałuje. Bez walki się nie poddam.

A jeszcze przy okazji sobie uświadamiam, że zbliżam się do wieku, kiedy będzie można szyję klamerką z tyłu naciągnąć. Kiedyś słyszałam, jak Beata Tyszkiewicz mówiła, że do wywiadów spina sobie właśnie skórę w ten sposób.