Wczoraj był dzień fitnessu. I oczywiście filozoficznych przemyśleń. A że czułam się jak śnięta ryba (ciśnienie miałam jak umarlak po dość długim leżakowaniu), więc proces myślowy przebiegał w bardzo zwolnionym tempie. W ogóle stwierdzam, że podczas ćwiczeń coś mi się w czaszce wydziela i jakoś tak ogłupiająco działa. Za chwilę instruktor pomyśli, że wariata ma w sali. A że tylko 5 ćwiczących, to zidentyfikować, skąd dobiega kretyński chichot nie jest trudno.

Znów lustra. To bez zmian. Moje sadełko w odbiciu również. Dalej trzęsie się to, co nie powinno, zwisa to, co powinno prężyć się dumnie. Ale to przecież wiadomo, już mnie nie zdziwi.

Ćwiczę tak sobie wczoraj. Ćwiczę. Nóżką macham. Instruktor krzyczy:

– Myślcie o miednicy!

No to myślę. Ale co ja, kurza twarz mam o niej myśleć?

A za chwilę:

– Pępki do kręgosłupów!

Ha! Bądź mądry i pisz wiersze. A co z tymi wszystkimi flaczkami, tłuszczykami, które stają na przeszkodzie pępkowi pędzącemu do kręgosłupa? Pewnie jeszcze nigdy się nie widzieli. I raczej na randkę szans nie ma. No, teraz myślę o brzuchu, bo pan kazał. I złorzeczę mu strasznie. Cytować nie będę, bo to niecenzuralne. Zaklinam go również, by znikł: „Schopenhauer, Schopenhauer”. Jak Wam się nie skojarzyło, to od razu wyjaśniam, że zaklęcie pochodzi z genialnego filmu Benigniego „Życie jest piękne”. Oglądałam go przynajmniej 20 razy i prawie znam na pamięć. Jest tam scena, kiedy bohater leży w łóżku z przyjacielem, a ten mówi mu o sile woli i właśnie tak zaklina. Kapitalne. Zostało mi w głowie to zaklęcie i czasami z niego korzystam. Polecam, bo poprawia samopoczucie.

I kiedy tak myślę i myślę o brzuchu, słyszę jakby w moją stronę powtarzane polecenia. Podnoszę głowę. No, tak. Wszyscy już zwisają na piłkach, a ja w jakiejś dziwnej pozycji, bo tak się zamyśliłam nad tym brzuchem. W końcu instruktor każe się przekatulać na boczek. No, i znów facjata w lustro. Uśmiecham się do siebie, bo trza miłym być dla siebie!!! Bo jak nie my, to kto?

Robię ćwiczenie jak należy. I nawet nie stękam i nie sapię. Ktoś pyta instruktora, co zrobić z lewą nogą.

– Lewa noga jest tylko po to, by równowagę trzymać – odpowiada. A mnie się nagle parsk wyrwał. Ale po głębszej analizie stwierdzam, że racja jak nic, bo przecież na prawej tylko równowagę utrzymać ciężko, więc lewa jak najbardziej przydatna.

I tak sobie pięknie ćwiczę i nawet nie zauważam, że czas się kończy. Od razu człowiek czuje się lepiej, jak trochę się porusza. A potem jeszcze wsiadam na rower i poprawiam małą przejażdżką, bo pogoda przecież piękna.