Musiałam wybrać się do centrum miasta. Wsiadłam do autobusu. Kupuję u kierowcy bilet. Pan sympatyczny, śmieje się, że da mi w promocji dwa. Daje oczywiście dwa, ale ulgowe. Ale śmieszne, myślę sobie, jednak uśmiecham się, bo żarcik super. Taki sucharek. Próbuję się przemieścić dalej. Nagle patrzę, a środkiem zasuwa mamuśka jakaś, przed sobą dzierży dziecię. Niesie je jak gar z gorącą zupą. Pod pachy trzyma, niby z tarczą zasuwa. Patrzę, dokąd ona tak pędzi. A ona miejsce widzi z przodu. Zasuwa niczym taran, po stopach mi przechodzi. Przeprasza i idzie dalej. Ja uśmiecham się, bo nic się nie stało. Stopy przeżyją. W lekkim bólu, ale dadzą radę. Nie można przecież być „ludożercą”. Obserwuję kobitę. A tu nagle tuż przed nią jakiś młody mężczyzna pakuje się na miejsce, które sobie upatrzyła. Nie widzi pędzącego „taranu”. Kobieta przyspiesza, ale nie zdąża. Facet był pierwszy. I widzę, jak mamuśka buzię rozdziawia, dzieckiem lekko macha jak transparentem, ale nagle je opuszcza zawraca do innego siedzenia. Okazuje się, że pan ma przewagę  w postaci dwóch kul. A wtedy wiadomo, nie wypada kłócić się o siedzenie.

Dziwna ta kobieta, bo dziecko na oko wygląda na 1,5 roku, ma wózek przecież. Mogło sobie w nim spokojnie siedzieć. No, ale nie moja rzecz. Przecież miejsc wolnych sporo. A ona może zmęczona. Ma prawo. 

Stoję sobie dalej, patrzę na ludzi. I nagle kątem oka widzę, że jakiś facet mi się przygląda. Patrzę. A on mruga do mnie. Odwracam się, by sprawdzić, kto za mną stoi. Nikt. Obok tylko dwie staruszki. To do mnie? To mruganie? Szybko więc twarz w okno. Bo przecież ja mężatka i to gorliwie „praktykująca”, a on mi tutaj oczko puszcza. No, ale nie wytrzymuję, znów zerkam na niego. A facet mruga. Kurza twarz! Uśmiecham się nieśmiało, już mi policzki spłonęły prawie dziewiczym rumieńcem. Facet też się uśmiecha i cały czas mruga. No, kuźwa! Szalony! Aż tak mu wpadłam w oko? Jednak spoglądam na niego, a on patrzy już w innym kierunku i dalej mruga. Ha! Facet ma tik nerwowy albo mu coś do oka wpadło, bo mruga na wszystkie strony, tak od czasu do czasu. A ja się do niego pierwsza wyszczerzyłam, więc teraz może myśli, że mu się branie trafiło, bo potem znów tak mrugająco na mnie luknął i uśmiechnął się ponownie. No, pięknie, niech się Mężuś dowie, że ledwo z domu wylazłam, a już w autobusie jakieś harce uskuteczniam, a niby ze mnie taka ortodoksyjna żonka.

No, ale z drugiej strony, coś jest w tym uśmiechaniu się do ludzi. Zawsze odwzajemnią. Chyba że nie, bo myślą, że z wariatem mają do czynienia.

 

PS  I na koniec jeszcze zdjęcia prezentów, jakie dostałam od Zagubionej. Normalnie czapki z głów, bo ona to wszystko ręcznie zrobiła (oprócz kaktusika, bo tego to ja moimi łapkami wyhodowałam, a pięknie zapozował do zdjęcia). Bombka, kolczyki – to wszystko ona i jeszcze jakby mnie znała kopę lat, bo pięknie się będą te ozdoby u mnie prezentowały, szczególnie te na uszach.