Pisząc ostatnio o tym, jak ukradziono mi kiedyś kosz na śmieci, przypomniałam sobie śmieszną historię. Co prawda usłyszałam ją jeszcze, kiedy mieszkałam w poprzednim miejscu zamieszkania. Opowiedziała mi o tym sąsiadka, a wiadomo, jak to z takimi opowieściami bywa. Nie wiadomo, czy to miejska legenda, czy prawda. Opowiem ją jednak, bo jest zabawna.

Było sobie pewne osiedle. Osiedle jak osiedle. Nic w nim niezwykłego nie było. Mieszkały na nim bardzo urodziwe kobitki, więc pewien pan – mąż, ojciec i głowa rodziny  zapałał namiętnością do pewnej pani, która jego żoną nie była. Pan był dość leniwy, bo nie szukał kochanki w drugim końcu miasta, a poszedł po linii najmniejszego oporu i na tym osiedlu sobie kochanicę wynalazł.

Postanowił z nią spędzić kilka dni. Żonie więc powiedział, że jedzie w delegację. Nie wzbudziło to w niej podejrzeń, bo faktycznie tak się często zdarzało. Mąż przeniósł się więc na „czas delegacji” do kochanki. Niedaleko, bo w zasadzie blok dalej. Nie martwił się, że żona go nakryje, bo znał dokładnie jej plan działań, ponadto był pewien, że z kochanką raczej z łóżka nie wyjdzie, a tam na pewno żona szukać go nie będzie. Powtarzał numer z delegacją kilka razy, więc wszystko miał dopracowane. No, ale wiadomo, że rutyna może człowieka niechybnie zgubić.

Mąż siedział u kochanki. Już byli na tym etapie, że czas spędzali również poza łóżkiem. I ona pewnego dnia poprosiła go, żeby wyrzucił śmieci. No, tak się zdarza, że kochanka też śmieci produkuje i ktoś musi je z domu wytaszczyć. Pan oczywiście, przecież dżentelmen, kobiecie w potrzebie odmówić nie mógł. Ubrał buty, chwycił kosz (bo to okres bezworkowy był) i poszedł do śmietnika. Wyrzucił jak należy. I z tym koszem, zamyślony, wraca.

Naciska klamkę u drzwi. Wchodzi. I nagle szok. Bo przed sobą żonę widzi. Zamiast kochanki. Żona oniemiała z wrażenia, bo mąż przecież w delegację wyjechał, a tutaj nagle powraca i to z koszem na śmieci w dłoni.

Nie wiem, jaka była jej reakcja ani jakie jego tłumaczenie, ale pewnie miny oboje mieli bezcenne. I awanturą chyba jakąś musiało się to skończyć, bo oczywiście na całym osiedlu o niczym innym się nie mówiło. Wszyscy pękali ze śmiechu, że pan taki niedojda i z koszem do domu zawędrował. Co złośliwsi komentowali, że zadziałał jak piesek Pawłowa, odruchowo poszedł tam, gdzie mieszkał. I że żona mu się ze śmieciami kojarzyła.

No, ale wniosków można więcej z wydarzenia wyciągnąć. Po pierwsze, ktoś może pomyśleć, że jak szukać kochanki, to daleko. Po drugie, kochanka też w końcu zagoni do obowiązków domowych, jak już się znudzi wygibasami czynionymi w łóżku. Po trzecie, trzeba zawsze myśleć. Zawsze, bo rutyna może człowieka zgubić.