Ostatnio pisałam, że dopadł mnie szał świąteczny. No, to teraz mnie dopadło jakieś paskudne przeziębienie. Wychodzi mycie okien. A jeszcze rozsądkiem się nie wykazałam, wychodząc na taras w piżamie, szlafroku i kapciach. Ptaszkom trzeba było do karmnika dosypać, więc wylazłam, nie dbając o gołe stopy. No, ale cóż. Może zostanie mi to policzone jako dobry uczynek oraz narażenie zdrowia i życia dla zwierzątek. Toż to nie tylko święty Franciszek mógł się poświęcać dla naszych „młodszych braci”. Jam ci to sprawiła, że ptaszki w naszej okolicy pełne brzuszki mają (nie chwaląc się oczywiście).

Teraz ledwo żyję. To znaczy żyję, ale byle jak. Z jednym gilem po pachy, drugim być może w karmniku. Nos czerwony, więc w razie co renifera mogę w zaprzęgu zastąpić. Łeb nawala, zimno jakoś. Dreszcze mną targają. Jest super generalnie.  Prawie dyskoteka. Zastanawiam się, czy to już agonia, czy jeszcze trochę to potrwa. No chyba że Mężuś dobije, bym się nie męczyła za długo. Popijam co chwilę gorącą herbatę z miodem i cytryną. Na wszelki wypadek dolewam jeszcze soku z czarnego bzu, syropu z sosny i soku z malin. Tak z grubej rury to choróbsko atakuję. I jeszcze aspiryna. A potem może poprawię mlekiem z masłem i miodem. A Więcej >