Napadli, okradli i porzucili na mrozie! Normalnie nóż w kieszeni się otwiera. Niby czas świąteczny i ludzkim głosem pora przemówić, a tu bezprawie się szerzy jak nic. Znalazłam ją wczoraj nagusieńką. Serce prawie w plasterki mi się pokroiło. Stała tak bidulka odzienia pozbawiona, bo przecież napadli ją oprawcy i z odzieży ograbili. I teraz wyciąga z drżeniem te swoje chudziutkie „ramionka” i prosi o wsparcie. Toż ja to maleństwo własnymi rękoma wsadziłam przed domem. Na zimę opatuliłam włókniną, specjalnie w tym celu zakupioną przez Mężusia, by ciepełko miała i do wiosny dotrwała. Co komu winna taka roślinka, żeby tak podstępnie ją podejść, odzienie zerwać i nagusieńką pozostawić na pastwę mrozu? Pytam się, komu?!!!

Normalnie ktoś ukradł nam włókninę z roślinki, z drzewka malutkiego, ledwo co na wiosnę wsadzonego. Dobrze, że moje bystre oko przyuważyło brak na jej gałązkach ciepłego ubranka, bo inaczej mróz by zniszczył, uśmiercił na amen. Najpierw podejrzewałam, że może wredne wietrzysko. Ale przecież latałaby ta włóknina gdzieś po drodze, a tu ani śladu po niej. Ponadto drzewko pięknie obwiązałam, żeby właśnie wiatr ubranka nie zdarł. Toż to maleństwo oparło się Ksaweremu, a niestety uległo złodziejowi.

I już myślałam, że najgłupsza rzecz, jaką można ukraść, to kosz na śmieci czy wycieraczki samochodowe, ale nie! Okazało się, że włókninę z roślinki zerwać też można. I tak się zastanawiam, na co i po co komu?

A to przecież oczywista oczywistość, że to Mikołaj zarąbać musiał. Bo włóknina w kształcie worka była. Bielutka jak śnieżek, bo przecież kilka tygodni temu założona, więc jeszcze czysta. I teraz Mikołaj worek z niej zrobi na prezenty. Toż jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie do mojego mózgu dochodzi.

I teraz ważne ogłoszenie. Jeżeli ktoś zobaczy u siebie w domu osobnika z wielkim brzuchem, ubranego w czerwony kubraczek i spodenki, do tego nieogolonego, z czerwonym nosem, a na plecach tachającego biały wór z prezentami, to wiedzcie, że to mój ci worek jest. Mój! Proponuję zabrać go grubasowi, pogrozić palcem ode mnie, że nieładnie tak roślinki napastować i odzienia pozbawiać! I można śmiało prezenty z worka zabrać, a mnie pusty przesłać, coby roślinkę ratować. Co prawda założyłam już jej kolejne odzienie, plastikowymi gwoździami powbijałam w ziemię, obwiązałam krzaczek dodatkowo i myślę jeszcze nad zasiekami podłączonymi do 220 V, ale Mężuś powstrzymał i nie pozwolił też fosy wykopać. No, cóż. Mam nadzieję, że już nikomu ta włóknina nie przyda się bardziej niż mojej roślince biduli gołymi gałązkami świecącej.