Dyskutowaliśmy ostatnio o obecności dzieci przy stole. I nie chodziło o święta, bo wtedy to oczywista oczywistość, że przy stole powinny siedzieć wraz z dorosłymi.

Senior rodu stwierdził, że dzieci powinny uczyć się od dorosłych, jak należy się zachowywać przy stole, więc powinny siedzieć razem z nimi i „celebrować” różne uroczystości. I dziwne, że niektóre nie potrafią grzecznie usiedzieć.

Może jest w tym racja, ale jakże utrzymać siedmio- czy dziesięciolatka przy stole? I czy zawsze trzeba?

Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem i kiedy rodzice robili w domu imprezy z okazji swoich imienin, to dzieci zawsze siedziały w oddzielnym pokoju. Tam ja z bratem plus dzieci gości mieliśmy przygotowany poczęstunek, ale przede wszystkim dużo miejsca do zabawy. Rodzice nigdy nie pozwalali siedzieć z dorosłymi, gdzie spożywany był w różnej ilości alkohol, a wiadomo wtedy i sprośne dowcipy opowiadano, i nie zawsze w tym momencie dorośli byli wzorami godnymi naśladowania przez swoje latorośle. Ponadto w pokoju mieściła się określona liczba osób, więc na dzieci byłoby już zdecydowanie za ciasno.

Moje Jajo natomiast zawsze podczas imprez rodzinnych mogło usiąść przy stole, jednak tylko w celu najedzenia się, a potem odsyłane było do swojego pokoju z innymi dziećmi, coby nie słuchało, o czym dorośli rozprawiają, bo to nie zawsze przyzwoite tematy były. Nie, żebyśmy byli zaraz jakąś nieprzyzwoitą rodziną, po prostu tam, gdzie alkohol, może niekoniecznie dzieci. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Bo nauczyć dziecko, jak zachować się przy stole można na co dzień, niekoniecznie podczas spotkania dorosłych (co innego święta).

Ale pamiętam taką sytuację, kiedy ze znajomymi zrobiliśmy sobie imprezkę. Wszyscy przyszli bez dzieci, więc jedynym nieletnim osobnikiem była córka gospodarzy. Miała może z dziewięć lat, więc maleństwem potrzebującym cycka mamy nie była. Siedziała cały czas przy stole. Jadła, marudziła, wybrzydzała, jak to dziecko. Spoglądałam dyskretnie co jakiś czas na zegarek z nadzieją, że dziecko za chwilę zniknie w swoim pokoju. Jednak nic z tego. Dziecko miało niesamowitą potrzebę zwracania na siebie uwagi. I kiedy dorośli skupiali się na sobie, dziewczynka podnosiła głos. Śpiewała lub krzyczała, że chce powiedzieć dowcip. No, dobra. Jeden dowcip, drugi. Na zegarze już po 22, a dziecko niczym niezdarta płyta gada. Rodzice ani razu nie proponują, by poszło spać, tylko cieszą się z kolejnej powtórki repertuaru, jaki na ten wieczór przygotowała ich latorośl. No, po prostu ubaw po pachy.

W pewnym momencie dziecko jakby się zmęczyło, więc rozmawiamy, na chwilę o nim zapominając, a tu nagle dziewczę sięga po kieliszek matki i bach wlewa jego zawartość do swej gardzieli. Oniemieliśmy. Bo to błysk był. Dziecko wytrzeszczu dostaje. Rękami macha. Matka szybko zapitkę podaje. I nagle rodzice w śmiech. No, bo to takie śmieszne było.

– Nie zaszkodzi jej? – pytam nieśmiało.

– Chyba nie – odpowiada matka. Ale i tak nie nosi się z zamiarem zaprowadzenia dziecka do łóżka. W końcu to przecież nie jest niemowlę, usnąć samo może. Ale uparte stworzenie nie chce opuścić biesiadników. I cieszy się, jaki to dowcip mamie zrobiło. Próbowało jeszcze ze dwa razy po kieliszek sięgnąć, jednak rodzice już byli na tyle czujni, że się nie powtórzyło.

Wychodziliśmy od tych znajomych po 23. Dziecko wciąż niezniszczalne brykało przy stole, który przystawiony był z jednej strony do kanapy, więc za plecami gości można było poleżeć i poskakać.

I tak mnie to zdarzenie zastanowiło. Owszem, dziecko niech uczy się zachowania przy stole, ale niech też wie, gdzie są wyraźnie postawione przez rodziców granice.

Gorzej jednak, kiedy rodzice sami nie wiedzą, gdzie te granice postawić.