Ze względu na to, że są wśród nas osoby zainteresowane rynkiem wydawniczym, dziś będzie kilka słów o tym, jak wydać własną książkę. Oczywiście z punktu widzenia pisarza amatora (debiutanta). Pracowałam też jako redaktor dla pewnego wydawnictwa, więc wiem, jak to wygląda i z tej strony.

Wiadoma rzecz, najpierw należy coś naskrobać, wystukać na klawiaturze itp. Potem kilka/kilkanaście razy przeczytać i nanieść poprawki (to najżmudniejsze zadanie). Polecam głośne czytanie, zawsze wtedy słychać, czy „książka brzmi”. Jak już to mamy, to najlepiej zapisać w formacie doc. lub rtf. Warto pamiętać, że jedna strona znormalizowanego maszynopisu ma ok. 1800 znaków, a jeden arkusz wydawniczy ok. 40 000 (ok. 22 stron). Można wtedy mniej więcej przeliczyć, jaka jest objętość książki. Oczywiście wszystko potem i tak zależy od formatu, wielkości, rodzaju fontu oraz składacza. Jednak wydawnictwo liczy koszty na podstawie ilości arkuszy wydawniczych, bo tak płaci redaktorowi, korektorowi i pewnie składaczowi.

Następnie książkę wysyłamy do wydawnictw (najlepiej jednocześnie do kilku lub kilkunastu). Początkującym autorom polecam małe wydawnictwa, w dużych trudno się przebić i jest spore prawdopodobieństwo, że nasz plik od razu trafi do kosza. Warto się też zorientować, czy czasem wydawnictwo nie życzy sobie wersji papierowej. Takie jeszcze się zdarzają. Na odpowiedź czeka się około 3 miesięcy (co najmniej). Trzeba się uzbroić w cierpliwość i nastawić na to, że część nas totalnie oleje. Wydawnictwa absolutnie nie recenzują nadesłanych książek, chyba że za dodatkową opłatą.

Jest kilka sposobów na wydanie. Można to zrobić na własny koszt (i wtedy można wydać praktycznie wszystko), ale trzeba się nastawić chyba na wydatek około kilkunastu tysięcy. Oczywiście to zależy od nakładu książki. Można wydać ze współfinansowaniem i dogadać się z wydawnictwem, że oni pokrywają część kosztów. Na przykład kiedyś zaproponowano mi wydanie powieści (ok. 320 str.) w nakładzie 500 szt. (+50 egz. autorskich) za 6 tysięcy zł. Oczywiście nie skorzystałam, bo nie mam tyle kasy, a ponadto książka, jak stwierdziłam później, nie nadaje się do druku, jest kiepska. Niech sobie leży w szufladzie.

Trzeba też uważać, bo czasami tak bywa, że wydawnictwo proponuje nam wydanie ze współfinansowaniem, podaje cenę, że to niby jest wyliczone pół na pół, ale niestety robi nas w butelkę i wszystkie koszty ponosimy my, bo suma jest kosmiczna. Te 6 tys., które mi zaproponowano, to raczej cena realna (mniej więcej połowa kosztów).

Najlepsza jednak sytuacja, kiedy wydawnictwo podejmuje ryzyko i wydaje książkę na własny rachunek (nawet w bardzo małym nakładzie). Ostatnimi czasy można też korzystać z usług agencji literackich. Nie bardzo wiem, jak one działają, bo nigdy tam tekstów nie wysyłałam, ale z tego, co ogłaszają na swoich stronach, wynika, że biorą pieniądze dopiero wtedy, gdy znajdą dla nas wydawcę.

Każda umowa licencyjna objęta jest tajemnicą, więc nie można zdradzać jej osobom postronnym. Trzeba jednak dokładnie ją przeczytać. I pamiętać, że nigdy nie można się zrzec na czyjąś korzyść prawa autorskiego. Możemy jedynie przenieść prawa majątkowe. Z reguły dajemy wydawcy prawo do dysponowania naszą książką na kilka lat. I tak na przykład, jak wydajemy książkę w nakładzie 500 szt. i nakład się sprzeda, to w ciągu tych kilku lat wydawca ma prawo wznowić wydanie już bez pytania nas o zgodę. Zyskiem ze sprzedaży dzieli się z autorem.

Debiutanci z nieznanym nazwiskiem nie mogą liczyć na duży nakład. To są zawsze wydania w kilkuset egzemplarzach (200-500 szt.). Wydawca boi się ryzyka i nie ma mu się co dziwić. I prowadzenie bloga nie musi mieć tu żadnego znaczenia, chyba że nasze nazwisko jest już dobrze znane. W moim przypadku nie miało żadnego znaczenia, za mały pikuś jestem w blogosferze.

Warto też pamiętać o tym, by nie podpisywać umowy na wyłączność. Zawsze należy zostawić sobie furtkę, by ewentualnie można było wydać książkę w innym wydawnictwie, zanim skończy się nam umowa z poprzednim.

Jak już utwór zostanie zatwierdzony do wydania, podpiszemy umowę, zaczyna się praca nad naszą książką. Najpierw redakcja. Redaktor poprawia błędy, pilnuje naszego stylu, zamienia dywizy na pauzy czy półpauzy, ewentualnie podpowiada zmiany. I tutaj oczywiście podpowiedzi z reguły dostają „prawdziwi” pisarze, którzy mają redaktorów, z którymi współpracują na stałe. My możemy jedynie liczyć na językowe poprawki. Potem tekst wraca do nas, do redakcji autorskiej. Sprawdzamy, czy zgadzamy się z sugestiami redaktora. Możemy oczywiście się nie zgadzać i upierać przy swoim. Salinger na przykład, jak mu redaktor dostawił w książce przecinek, to się obraził i zabrał książkę z wydawnictwa. Tak też można. Jednak w naszej sytuacji – debiutanta – nie ma co, trzeba ten przecinek przełknąć.

Po redakcji autorskiej książka trafia do korektora. W tym czasie też powstaje projekt okładki (i blurb). Dostajemy propozycję i wybieramy. Debiutant z reguły ma do wyboru dwie. Ale lepsze to niż nic. To też określa umowa licencyjna.

A potem składanie i łamanie, dopiero wtedy druk. Rodzaj papieru też jest jasno określony w umowie.

Najważniejsza rzecz: jak już znajdziemy wydawcę, koniecznie trzeba sprawdzić, jak wygląda dystrybucja! Niektóre wydawnictwa zapewniają tylko sprzedaż z własnej strony albo zupełnie nic i sami musimy się martwić, jak książkę sprzedać. Wtedy kiszka. Jak nie trafimy do Empiku, to leżymy i kwiczymy. Nie ma więc sensu wydawać bez dystrybucji.  Nie wspomnę też o tym, że książka powinna mieć numer ISBN, bo to oczywiste.

I na koniec jeszcze: zawsze warto poczytać o wydawcy, by nie wpakować się na minę. Bywają nieuczciwi.

A co do wynagrodzenia, to raczej nie ma co liczyć na miliony. Zyski ze sprzedaży są jasno określone w umowie. Z reguły jest to około 8-12% ceny z okładki. Wydawca rozlicza się z autorem po jakimś czasie. Chyba najczęściej po pół roku. Warto też pamiętać o tym, by w umowie było określone, ile dostaniemy egzemplarzy autorskich. Różnie jest to praktykowane w wydawnictwach. A przydają się, bo przecież jakieś spotkania autorskie mogą się nam przydarzyć.

A jeżeli chodzi o promocję, to wydawnictwo oczywiście promuje autora i jego tekst na tyle, na ile może. Mnie obiecano patronat medialny i promocję jeszcze w innym miejscu. Na razie nie chcę o tym pisać, bo nie wiem, jak to będzie, dlatego że warunki uzgadniają pomiędzy sobą wydawca i ten, kto chce nas objąć patronatem. Mnie mają poinformować o skutkach rozmów. Nie chcę też zapeszyć.

Tak to mniej więcej wygląda. Najtrudniejsza sprawa to niestety to, by przebić się z tekstem do wydawcy, aby zechciał ktoś te nasze wypociny przeczytać i plik nie trafił od razu do kosza.

A jeżeli piszemy poezję, to w ogóle szanse na wydanie jeszcze bardziej maleją. Trudno też z opowiadaniami. Ja na przykład od dość znanego wydawnictwa dostałam odpowiedź, że „opowiadania ciekawe”, widać, że mam „dobry warsztat”, potrafię „bawić się konwencją”, ale nieznany autor praktycznie nie ma szans na przebicie się antologią opowiadań. A wydawało mi się, że przy takiej ilości odwiedzin na blogu, to ja już „coś znaczę”. Nic bardziej mylnego. Tak jak napisałam wyżej, za mały pikuś jestem. Gdybym była celebrytką, na pewno nie miałoby to żadnego znaczenia.

Niechętnie też wydaje się teksty, które były już publikowane w necie, więc może nie wszystko warto tam wrzucać.

Na szczęście mnie udało się w innym, dużo mniejszym wydawnictwie. Nie podpowiem do jakich wydawnictw wysyłać, bo to zależy od szczęścia. Trzeba szukać ich w necie i próbować, bo raczej małe szanse, że ktoś się włamie do nas i ukradnie tekst, by go dla nas wydać. :lol:

***

*

PS   Z innej beczki: może ktoś będzie chciał pomóc Antosiowi. KLIK TUTAJ