Siedzę w poczekalni. Kolejka nieduża. Koło mnie siada pani w pięknym moherowym fioletowym bereciku. Uśmiecha się, wysyłając sygnał, że chce pogadać. Odwzajemniam uśmiech. Wyjątkowo pięknie się ten berecik prezentuje na jej łepetynie. Wygląda sympatycznie. Pyta, który raz do „doktorki”. Odpowiadam, że drugi, że dopiero „romans” z endokrynologiem zaczęłam, co później w kontekście rozmowy wydaje mi się wielkim nietaktem. Pani kiwa głową znawcy i opowiada o perypetiach związanych z poszukiwaniem specjalisty. I chwali lekarkę, do której czekamy.

Bo te wszystkie choroby to przez te stresy – stwierdza fachowo. A ja znów tylko kiwam głową. – Pani to młoda, to jeszcze życia nie zna tak jak ja. – Uśmiecham się i od razu przez głowę jak na taśmie filmowej w przyspieszonym tempie przewijają się życiowe zakręty, ale robię dobrą minę do złej gry. – Mnie to, pani, mąż zdradzał. Taki mi się trafił skurczybyk, co za spódniczkami latał. A ja i tak przy nim wytrwałam. Ile łez wylałam, ale jak przysięgałam przed ołtarzem, że tylko śmierć nas rozłączy, to tak będzie. Choć przyznam pani, ze ukatrupić dziada chciałam nieraz. A pani mężatka?

Tak – odpowiadam, ale dla siebie zachowuję, że po raz drugi i że pierwszy też „interesu” na wodzy utrzymać nie mógł.

Oj, to pani, uważaj na chłopa, bo im to tylko jedno w głowie. Ale taka rola kobiety, że musi cierpieć. – I tu we mnie bunt się wewnętrzny rodzi. Alarm włącza i wszystkie światełka na czerwono zapalają. A co my, kuźwa, męczennice, czy co? Zdrady nie wybaczam! Przysięga to przysięga! A tam jak byk stoi „uczciwość małżeńska”. Nawet jak kto dyslektyk, alfabeta czy analfabeta to tłumaczenia nie ma!

Teraz to, pani, wszyscy się rozwodzą. Nawet Jaruzelscy. A bój się Boga, ile oni mają lat? I on niby za babami lata? Kto by chciał takiego starego piernika? Mój też latał, latał i się wylatał. Teraz siedzi w domu, ledwo łazi i jaki miły dla mnie. A ja mu herbatę zrobię, natrę plecy. A te wszystkie kochanki gdzie? Przelazły przez łóżko i wolne. A żona to żona.

A może jednak mąż nie zdradzał, tylko się pani tak wydaje – wtrącam.

Ha! Kochana, ja go nakryłam kilka razy pod własną pierzyną, jak się bździł z lafiryndą jedną. Kudły wytargałam, a ta darła japę i gaci szukała, by jak najszybciej uciec.

Może męża wytargać trzeba było? – pytam nieopatrznie. A pani mrozi mnie spojrzeniem i opowiada, jaki to on biedny i jak się na niego uwzięły „lafiryndy jedne”. A przecież „jak suka daje, to każdy pies weźmie”.

Nic już nie mówię, słucham tylko. I nie wiem, czy współczuć kobitce, czy gratulować. Bo niewątpliwie cierpliwość nieziemska tak czekać, aż się mąż za babami wylata. Ale widzę po niej, że dumna z siebie, że te wszystkie „lafiryndy” przeczekała. Tryumf na twarzy wymalowany.

Po chwili jednak jej kolej, wchodzi do gabinetu. A ja cieszę się, że jednak nie każdy facet bierze wszystko jak leci i że są tacy, którym można ufać.