W weekend musieliśmy zwolnić chatę. A że Mężuś dostał jakąś ciekawą ofertę do SPA w Gdańsku, więc pojechaliśmy. I kiedy zameldowaliśmy się w recepcji nowo otwartego hotelu Golden Tulip, okazało się, że czekała tam na nas niespodzianka. Nie wiem, czy recepcjonistka widziała moje powiększone ze strachu oczy (z powodu pozostawionej wolnej chaty dla stada młodzieży), czy po prostu taka promocja, ale przyznano nam inny pokój niż ten, który mieliśmy zarezerwowany. W prezencie od hotelu dostaliśmy apartament z osobnym pokojem dziennym, częścią jadalną i małą kuchnią. Szczęki nam opadły, bo jak człowiek nienawykły do luksusu, to się cieszy jak głupek z takich niespodzianek. Ostatni taki luksus miałam podczas pobytu w Szwajcarii. A tu proszę na polskiej ziemi też może być na bogato.

Mieliśmy wykupiony jeden nocleg za 260 zł (dla dwóch osób). W cenie była obiadokolacja (do wyboru z karty) w postaci jednego dania i deseru, śniadanie i wolny wstęp na basen, do jacuzzi i saun. Uważam, że opłacało się nam bardzo. Warunki rewelacyjne.

Poczytaliśmy opinie o hotelu na stronie. W sumie większość pozytywnych. Jedna osoba narzekała, że nie sprzątano pokoi należycie, nie ścielono łóżek, aż trzeba było interweniować. No nie wiem, mnie mama nauczyła, że jak wstaję, to od razu ścielę. Nawet jak jestem w luksusowym hotelu, to też to robię. A pokoje na pewno były czyste, wszędzie błysk, pachniało nowością. No, ale ja, wiadomo, światowy człowiek nie jestem i nienawykły do luksusu, więc może mam inny standard.

Kuchnia w hotelu rewelacyjna. Kucharz ma chyba złote dłonie, bo jedzenie było niesamowite. Nawet taki bezglutek jak ja sobie poradził. Jadłam rybę (bez mąki) z kaszą jaglaną i sosem pomarańczowym, a Mężuś polędwiczki podane z babką ziemniaczaną z jakimś sosem. Pychota. Nawet deseru już nie braliśmy, pomimo że mieliśmy w cenie, bo nie chcieliśmy psuć sobie smaku. Przy tym obsługa bardzo miła. Cieszyliśmy się razem z kelnerem ze srebrnego medalu dla Polski.

Jedna rzecz mnie tylko wkurzyła. Mężusia też. Poduszki. Istna męka. Nie mogłam zasnąć, bo poduszka chyba była z jakimś silikonowym wkładem. Olbrzymie to było, nijak nie dało się ugnieść i przeformować. A ja śpię na brzuchu, więc musiałabym się nieźle wygiąć, aby było możliwe takie leżenie. Nie dało się. O pierwszej w nocy w końcu ciepnęłam dziadem o ścianę i poszłam po jaśka (w ozdobnej powłoce). I wtedy dopiero się dało zasnąć.

Mężuś zadbał o moje samopoczucie i jeszcze fundnął mi odnowę na gębusię. Kosmetyczka sprawnymi dłońmi w ciągu godziny „wyprasowała” mi wszelkie zmarszczki. I nawet tę, która świadczy o intelektualnym wysiłku, jakoś udało się jej wyeliminować. Mężuś w tym czasie był na masażu. Też się relaksował.

Korzystaliśmy z sauny (suchej i parowej), jacuzzi  i basenu (niestety malutkiego). Rano oczywiście przed wyjazdem pognaliśmy w te pędy, aby się jeszcze wypocić i popływać. Aż nie chciało się wracać, tym bardziej że nie wiedzieliśmy, co nas w domu czeka.

A tak pięknie było na plaży w Sopocie: