Prawo nakazuje pomoc bliźniemu. Sumienie mówi to samo. Sprawa teoretycznie bardzo prosta. Gorzej jednak w praktyce.

Idziemy z Jajem na przystanek autobusowy. A tam siedzi sobie facet. Głowa mu opada na bok, ręce bezwładnie zwisają. Chyba śpi. No, ale jakoś tak dziwnie wykrzywiony. Obok niego siedzą dwie kobitki czekające na autobus. Patrzymy z Jajem na niego. A tam gil z nosa po samą brodę powiewa na wietrze. Gil nad gile. Taki sopel z balkonu prawie. Jajo od razu do mnie: „Mamo, zaraz rzygnę normalnie”. Odsuwamy się więc na bezpieczną odległość. Spoglądamy na niego przez szybę. Nie rusza się. Tylko gil lekko podryguje. Prawdopodobnie od wydychanego powietrza, chociaż stuprocentowej pewności nie mamy.

- Na lekcji pani mówiła, że zawsze trzeba sprawdzić, czy taki gość żyje – mówi Jajo, a ja potwierdzam. No, trzeba i pytam Jajo, kto ma to zrobić. Chociaż doskonale wiadomo. Zbieram w sobie siły. Jeszcze raz patrzę na gościa. Podchodzę. No! Jest! Ruszył się! Otworzył oczy. Żyje! Sprawdzać nie trzeba. Bo już widziałam oczyma wyobraźni, jak gościa stukam w ramię, a ten z przestrachu podskakuje, macha odruchowo głową, a gil uwalnia się spod nosa i leeeeeci proooostooo naaaa mnieeee (tak w zwolnionym tempie jak w filmie).

Facet otworzył oczy. Siedzi. A gil dalej sobie wisi. Chyba już żyje własnym życiem. Widać, że facet próbuje zorientować się gdzie jest. W końcu chyba zauważa gila. Wyciera go rękawem i próbuje ułożyć się na ławce w wygodniejszej pozycji. Pijany w trzy dupy. Ławka jednak niewygodna. Znów siada. W tym czasie podjeżdża nasz autobus.

Jajo opowiada, jak ostatnio z dwiema koleżankami natknęły się na gościa leżącego na przystanku. A że w szkole kazano sprawdzać, czy ten ktoś żyje i w razie co wezwać pomoc, to dziewczyny stoją i przez kilka minut zbierają się na odwagę, aby podejść bliżej. Oczywiście wokół mnóstwo ludzi. Nikt nie reaguje. Biorą więc dziewczyny misję ratunkową na siebie. Podchodzą. Łapią faceta za ramię i trącają.

- Żyje pan? – pyta jedna z nich. No, bo jak nie żyje, to niech lepiej powie. Facet stęka, otwiera oczy. I na widok dziewczyn pochylających się nad nim, od razu się prostuje i łapie okazję:

- Dacie dwa złote? – pyta. Żyje. I jeszcze refleks ma. Nie marnuje czasu na czcze komunikaty, tylko od razu przechodzi do sedna.

- Nie, ale mogę dać panu chusteczkę – mówi O. i podaje gościowi chusteczkę higieniczną, bo podobno był cały obśliniony i zasmarkany. Facet bierze i wyciera sobie… czoło.

Cieszę się, że Jajo ma takie koleżanki, które nie ulegają ogólnej znieczulicy, tylko potrafią się przemóc w sobie. A wiadomo, że dotknięcie zapijaczonego i zasmarkanego żula, to nie lada wyczyn.