Jadę autobusem. W końcu wśród ludzi! Przede mną trzech chłopców. Pewnie tak na oko mają po 9-10 lat. Rozmawiają głośno, mówią pod wpływem emocji, więc, chcąc nie chcąc, słucham.

- A jak wam wychodzą serwy? – pyta jeden z nich. I chłopcy jeden przez drugiego opowiadają, jak serwują, jak dobrze wymierzyć kąt lotu piłki, jak najlepiej w piłkę uderzyć. A mnie normalnie aż duma zaczyna rozpierać, że jest duch w młodym narodzie, że sporty się uprawia. I tak słucham, bo ciekawa jestem, czy oni w tenisa, czy może w siatkówkę grają. Słucham, jednak nijak nie mogę wywnioskować, w co oni tak grywają, ale widzę u nich duże zaangażowanie, co mnie cieszy. W końcu to oni za parę lat będą płacić moją emeryturę i lepiej jakby silni byli, bo pewnie podniosą im wiek emerytalny co najmniej do siedemdziesiątki. I już nawet mam ich żałować, gdy nagle słyszę:

- Tobie tak źle te serwy wychodzą, bo masz wirusa – mówi ten lekko pyzaty na twarzy do piegowatego blondynka. A chłopak aż wstał z siedzenia i tak się zaperzył, zaczął wymieniać programy antywirusowe, jakie ma zainstalowane, że nawet nie zdążyłam pomyśleć, że ten wirus to dopadł jego, a nie komputer.

No, i tak lekko powietrze ze mnie zeszło, dumę schowałam do kieszeni. Chłopcy, owszem, sporty uprawiają, ale przed monitorami swoich komputerów. A gdzie piłka, ganianie, zabawy w chowanego? Ech, kiedyś to się po płotach ku utrapieniu rodziców ganiało…, zawsze z jakąś dziurą w spodniach się wróciło. To były czasy. Kolejny „level” to było kawałek „terytorium” wydarte w wojnie z sąsiednim podwórkiem albo bezbłędny skok przez gumę rozciągniętą na kolanach. Moc doładowywało się wyrobem czekoladopodobnym o smaku mydła albo porcją oranżady w proszku. A teraz? Można myszką czy dżojstikiem świat zdobywać, pokonywać potwory i mieć nadludzką moc. Po co więc wychodzić na podwórko?