Gdański zjazd blogerek w toku. Dumnie prezentujemy z Uląbrzydulą całą blogosferę. Robimy zdjęcia gdzie się da. „Zaliczyłyśmy” wczoraj Trójmiasto – niestety wszystkiego nie dałam rady pokazać Uli, więc wybieraliśmy z Mężusiem to, co najważniejsze i co zachęci Ulę do tego, by tutaj powróciła.

ula 008Najpierw rejs statkiem na Westerplatte i z powrotem. Lekko się podsmażyłyśmy na słońcu, wiatru było niewiele, ale na szczęście w główki za mocno nie przygrzało. Po rejsie Mężuś pojechał załatwiać sprawy służbowe, a my miałyśmy w tym czasie pospacerować. „Dospacerowałyśmy” do kawiarni na mrożoną kawę. Po drodze kupiłyśmy pocztówki i „czas wolny” przeznaczony na spacery spędziłyśmy na wypisywaniu kartek. A po tak dużym wysiłku (intelektualnym) nadszedł czas na obiad. Ula zaprosiła nas na jedzonko. Poszliśmy do restauracji „Panorama”. Jakiś czas temu odbyła się tam rewolucja Magdy Gessler. Jedzenie pyszne, a ceny jak na Gdańsk naprawdę bardzo przyzwoite. Napstrykałyśmy fotek, bo przecież widoki na panoramę miasta piękne. ula 015Nagle podchodzi do nas kelner (jak już zapłaciliśmy rachunek) i rzuca:

– Państwo tu pierwszy raz? – pyta. – Widziałem, jak pani robiła zdjęcia – zwrócił się do Uli. A my nie bardzo wiemy, o co chodzi. Zakazu przy wejściu nie było. Jakoś tak dziwnie się robi.  Odpowiadamy, że owszem, nigdy wcześniej tutaj nie byliśmy. A pan nagle:

– To proszę za mną.

No, to już myślimy z Ulą, że mamy pozamiatane, że teraz będzie: „aparaty na stół, rączki przed siebie” i zacznie się „pamiątkowe” zakładanie „bransoletek”. Idziemy za panem, a ten otwiera nam po przeciwległej stronie naszej sali drzwi do dużego pomieszczenia. I rzuca tylko:

ula 029– Proszę. – Odchodzi. My z Ulą w pierwszej chwili stoimy jak te sieroty. O co biega? I w końcu oświecenie na nas spada, że przecież z tej strony widać inną część miasta. I wtedy się zaczęło. Pstryk pstryk. I zdjęć mnóstwo. I z prawej, i z lewej, na siedząco, na stojąco… Podziękowałyśmy panu pięknie, bo przyjemność nam wielką sprawił.

Potem postaliśmy w godzinnym korku, żeby przebić się do Sopotu. Nerwy nasze zostały lekko nadwyrężone, że od razu po przybyciu do kurortu udaliśmy się do znanego „psychoterapeuty” Wedla. Pomogło. Po dodatkowej dawce energii można było spacerować później po molo, poleżeć na krzywej ławce, pomoczyć stopy w lodowatej wodzie. ula 039A z Sopotu prosto do Gdyni. Posilić się również trzeba było. Tym razem sushi. A po jedzonku spacer w parku w Oliwie i w końcu powrót do domu.

A dzisiaj mamy plan spokojniejszy: Gniew, Pelplin i krótka przejażdżka rowerowa.