W skrócie to było tak: dochodzę, wsadzam, smaruję, a potem poślizg i świat wiruje…

Ale po kolei… Dochodzę. Powoli, bo przecież nie ma się co spieszyć. Dochodzę. Namierzyłam go przecież z dość sporej odległości. Biorę do ręki. Wącham. Wanilia. Bez wahania wsadzam do koszyka. Olejek do mycia pod prysznicem! W promocji! I już w swojej rozczochranej kombinuję, że jak użyję tego pod prysznicem, to nie trzeba będzie tak długo pacykować się balsamem. Toż czysty zysk, w dodatku za niecałe sześć polskich złotych, a płyn o idealnie waniliowym zapachu. Ha! To się nazywa spryt.

Nastał wieczór. Idę pod prysznic. Wącham sobie do woli mój nowy nabytek. Potem się tym pacykuję. Jest pięknie. Do czasu oczywiście. Bo nagle moje nogi w miejscu robią takie akrobacje, że przez chwilę czuję się niczym łyżwiarka figurowa na lodzie. W ostatniej chwili łapię się poręczy, którą Mężuś zamontował w ścianie zaraz po tym, jak Jajo fikołka w wannie zrobiło i prawie życie straciło. Uff! Zdążam chwycić się w odpowiednim momencie. I zaraz stukam się w łepetynę, choć jedną ręką wciąż się trzymam.

Olejek pod prysznic! Toż to środek służący likwidowaniu ludzi. Smarujesz stopy (a przecież stopy umyć też trzeba) i masz taki poślizg, że ho, ho! Na drugi dzień spróbowałam Więcej >