Stoję na przystanku. W wiacie ławeczka, a na niej trzy panie w wieku wskazującym na dość duże zużycie własnych ciał. Emerytki. Każda elegancka, z torebeczką. Nawet głowią się, jak zapiąć torebkę jednej z nich, bo zamek w niej zepsuty od „nowości”. To znaczy w „lumpie” kupiona, ale „była prawie jak nowa”, zapewnia pani swoje koleżanki. Kiedy w końcu poddały się i odpuściły torebce, zaczęły rozmawiać, a ja, chcąc nie chcąc, byłam tego świadkiem, bo panie raczej krzyczały do siebie niż szeptały.

– Idziecie dziś na grilla? – pyta ta w różowej marynarce z białym kwiatkiem w klapie, pozostałe przytakują, widać podniecenie z powodu dzisiejszego wyjścia. Myślę sobie, pięknie jest. Emerytki nie siedzą w domu, imprezkę sobie organizują, przy grillu w dodatku. Niech korzystają, bo pogoda ładna. Rozmawiają, jak się ubiorą, a mnie tak wesoło na duszy, bo panie rozmawiają jak nastolatki przed koncertem.

– A macie zaproszenia? – pyta w końcu ta od zepsutej torebki. Panie oczywiście potwierdzają, a ja zaczynam się zastanawiać, czy to jest to, o czym myślę i mina mi lekko rzednie.

– Tam to dają dobre prezenty, nie?- Teraz odzywa się kobieta w czerwonej bluzce.

– No, a nie jak u tego X, który za trzy godziny siedzenia jakąś szmatę Więcej >