Wczoraj znów pognało mnie do centrum miasta. Jajo ma problemy z uszami, powróciło choróbsko sprzed roku. Jechałyśmy między innymi do apteki z receptą od laryngologa, a i jeszcze podręczniki trzeba było dokupić, i rozejrzeć się za kurtką i butami na jesień dla Jaja.

Siedzimy w autobusie. Nie ma tłoku, choć większość miejsc zajęta. Siedzimy tyłem do kierunku jazdy na końcu autobusu. Nagle kierowca ostro hamuje, bo dojeżdża do świateł. Krzyk: „Kobieta!”. Odwracamy się, bo faktycznie jakiś rumor się zrobił i pasażerki naprzeciwko nas zamarły z przerażenia. Spoglądam, a tam kobieta (ok. 50+) na podłodze leży. Przewróciła się prawie przy samym kierowcy, a obok niej na krzesełkach ludzie siedzą. Patrzę, a nikt, dosłownie nikt dupska nie ruszył, by chwycić kobietę, czy pomóc jej po prostu wstać. Zrywam się z siedzenia, rzucam Jaju moją torbę i odruchowo pędzę z końca autobusu do leżącej kobiety i dopiero wtedy widzę, że bliżej siedząca jakaś dwudziestolatka też zrywa się i jako pierwsza podnosi poszkodowaną.

Jestem w szoku. Tylko ja i ta młoda dziewczyna zareagowałyśmy, a nikt z przodu, z siedzących tuż przy leżącej pasażerce dupy nie podniósł, by jej pomóc. Kierowca też nie podszedł, choć autobus stał na czerwonych światłach, tylko wychylił się i pytał, czy nic Więcej >