Pierwszy etap remontu dobiegł prawie końca, jeszcze kilka drobnostek zostało. Trzeba posprzątać, pomyć okna i ogarnąć ten rozgardiasz. Jednak nastrój mnie dopadł ostatnio tak kiepski, że aż szkoda o nim pisać. Leniusiołek powrócił, ale jakiś dziwny, zmutowany, bo działający przygnębiająco.

No, ale myślę sobie, że co to, to nie! Zwalczę go, pokonam pracą. Okna trzeba pomyć, firany poprać, to akurat będzie broń do walki z Leniusiołkiem. Ale przyznam, że to bestia sprytna, bo tak sprawiła, że praca mi się zrobiła a’la kopciuszkowa. A nerw taki mnie wziął, że dowiedziałam się, jak bogaty mam zasób słownictwa.

Zaczęło się, jak zawsze, bardzo niewinnie. Umyłam okno w przedpokoju, stąd mam wyjście na taras, więc okno dość duże. Wiszą tutaj firanki makarony. Śliczności takie były kiedyś, że ho, ho. Kupiłam je w internecie i ku mojemu zaskoczeniu koraliki miały nanizane na sznurki. Idealnie pasowały na drzwi balkonowe, bo łatwo się je otwierało, firanki odsłaniać nie trzeba było, a i pięknie połyskiwały koraliki w słońcu.

W mojej rozczochranej oczywiście cały czas tkwiło wspomnienie ostatniego prania makaronów i godzinnego ich rozplątywania. Teraz postanowiłam podejść do sprawy metodycznie. Związałam firany w czterech miejscach na całej długości, wsadziłam w odpowiednią siateczkę i prałam ręcznie, najdelikatniej jak umiałam.

Wyciągam je z wody, próbuję Więcej >