Pierwszy etap remontu dobiegł prawie końca, jeszcze kilka drobnostek zostało. Trzeba posprzątać, pomyć okna i ogarnąć ten rozgardiasz. Jednak nastrój mnie dopadł ostatnio tak kiepski, że aż szkoda o nim pisać. Leniusiołek powrócił, ale jakiś dziwny, zmutowany, bo działający przygnębiająco.

No, ale myślę sobie, że co to, to nie! Zwalczę go, pokonam pracą. Okna trzeba pomyć, firany poprać, to akurat będzie broń do walki z Leniusiołkiem. Ale przyznam, że to bestia sprytna, bo tak sprawiła, że praca mi się zrobiła a’la kopciuszkowa. A nerw taki mnie wziął, że dowiedziałam się, jak bogaty mam zasób słownictwa.

Zaczęło się, jak zawsze, bardzo niewinnie. Umyłam okno w przedpokoju, stąd mam wyjście na taras, więc okno dość duże. Wiszą tutaj firanki makarony. Śliczności takie były kiedyś, że ho, ho. Kupiłam je w internecie i ku mojemu zaskoczeniu koraliki miały nanizane na sznurki. Idealnie pasowały na drzwi balkonowe, bo łatwo się je otwierało, firanki odsłaniać nie trzeba było, a i pięknie połyskiwały koraliki w słońcu.

W mojej rozczochranej oczywiście cały czas tkwiło wspomnienie ostatniego prania makaronów i godzinnego ich rozplątywania. Teraz postanowiłam podejść do sprawy metodycznie. Związałam firany w czterech miejscach na całej długości, wsadziłam w odpowiednią siateczkę i prałam ręcznie, najdelikatniej jak umiałam.

Wyciągam je z wody, próbuję rozdzielić, bo to trzy sztuki były, a tu kiszka. Tak się szczepiły, że nie można było ich rozwiesić do wyschnięcia. Ułożyłam je więc na suszarce na dworze. Po wyschnięciu nałożyłam na kij i ręce mi opadły, bo węzeł gordyjski to przy tym mały pikuś. Mężuś, jak to zobaczył, parsknął takim śmiechem, że myślałam, że zaraz reanimować go trzeba będzie.

Drapię się w rozczochraną. Patrzę na to kłębowisko sznurków ironicznie szczerzące do mnie koraliki.

- Eee, nie takie rzeczy się rozplątywało – mówię. Ale w duchu myślę co innego. Toż to roboty na cały dzień. Już współczuję Kopciuszkowi, identyfikuje się z nim całkowicie.

Trzy godziny cierpliwie sznureczek po sznureczku. Od czasu do czasu odliczanie do dziesięciu, gryzienie sznurków, rzucanie nieprzyzwoitymi wyrazami i … nic. Węzeł jak był, tak jest. No, może minimalnie mniejszy. Patrzę na zegarek trzy godziny w plecy! Trzy godziny! A wkurw mnie taki dopadł, że ani odliczanie, ani śpiewanie, ani modły na nic się zdały. Do tego kotuś, który za fajną zabawę wziął te moje rozplątywanie makaronów, kilka razy wyskoczył na nie, by się pobawić.

jakieś 011Nie, tak się nie da. Szukam nożyczek. Wyciacham to jak nic, widać nie będzie. Nożyczki poszły w ruch. Rach-ciach, węzeł gordyjski pokonany! Nie widać. No, prawie.

Mężuś wraca z pracy, na widok firanek w śmiech, ale zero komentarza. Potem wraca Jajo:

– O, rany, a co to się stało? – pyta. 

– A nic – odpowiadam, bo miał nikt nie zauważyć. – Wpadł tu Edward Nożycoręki.

– No, to wiele wyjaśnia.

I tak trzy godziny zmarnowane, firanki do wyrzucenia, ale za to kot szczęśliwy, bo dostał trochę sznurków do zabawy, a i Mężuś uchachany. A wszystko to dzięki makaronom z koralikami.

No, a teraz trzeba rozejrzeć się za nowymi firankami. I nawet nie pytam, jak kto pierze to dziadostwo z koralikami, bo już prać nie będę miała co.