Poproszę dziesięć kilo cierpliwości i pięć kilo stoickiego spokoju. W zamian oddam całą tonę nerwów moich.

Po makaronach myślałam, że już mnie nic nie zdenerwuje. Toż rozsupływanie tego węzła gordyjskiego to było ćwiczenie cierpliwości, które oblałam z kretesem, ale byłam pewna, że na jakiś czas to mnie uodporniło.

Poszłam wczoraj do ubezpieczalni, bo mi się druki mojego dobrowolnego ubezpieczenia skończyły. A jeszcze musiałam zapytać o jedną rzecz.

Wchodzę. Przede mną trzy osoby, ale w okienkach obsługują też trzy osoby, więc myślę, że szybko pójdzie. No, poszło. Aż półtorej godziny tam zmarnowałam i prawie bunt kolejkowy wznieciłam. I przyznaję, że z cierpliwością to u mnie kiepsko. Może się wyczerpała przy tych makaronach, nie wiem. Ale aż mnie w żołądku skręcało z nerwów.

Jednak obserwacje poczyniłam dość ciekawe, to trzeba przyznać. W pewnym momencie nawet uszczypnęłam się w dupsko, by sprawdzić, czy to nie sen, bo miałam wrażenie, że na zwolnionych obrotach to leci. Panie z okienka prawie jak z jednej matrycy. A ruchy miały tak szybkie, że zastanawiałam się, czy to wyuczone, czy po prostu trzeba mieć szczęście i się takim urodzić.

Obserwuję. Jedna kończy klienta. Następny chce podejść, ale pani każe poczekać. Wszyscy kolejkowicze śledzą ją wzrokiem. A ta iiiiiidzie. Powoooooooluuuuuutku. Dooooo szaaaaaafy. Kluuuuuucz bieeeerze. Więcej >