Co byście powiedzieli na to, żeby podczas porodu facetowi rodzącej podłączyć takie urządzenie, które wywoływałoby ten sam ból, jaki odczuwa jego partnerka?

Tak pomyślałam, że tyle się mówi o równości płci, że można by naszym panom taką atrakcję zafundować. Jak równość to równość.

Tydzień temu oglądałam program Kossakowskiego. Lubię tego faceta, choć czasami zastanawiam się, czy wszystko pod kopułą ma poukładane jak należy, bo desperat z niego taki, że Desperek się nawet chowa.

Kossakowski poddał się eksperymentowi. Podłączono mu do brzucha elektrody, które wywoływały skurcze i bóle równe porodowym. Oczywiście wszystko miało się odbywać, jak przy prawdziwym porodzie, czyli nie pięć minut bólu i po sprawie, ale kilka godzin. Kossakowski doszedł do sześciu centymetrów rozwarcia. Dzielny był, jednak odpadł.

I tak sobie przypomniałam siebie. Osiemnaście godzin porodu! Pamiętam jak już mnie przyjęli do szpitala i lekarz się dziwił, że ja skurczy nie odczuwam, choć podobno urządzenia pokazywały, że są solidne i odbywają się co dziesięć minut. A ja nic. Nawet sobie pomyślałam, że ten poród to jakiś przereklamowany jest. Kazano mi chodzić, więc sobie spacerek urządzałam po korytarzu i patrzyłam z politowaniem na dziewczyny skaczące na piłkach, zwijające się z bólu. A ja ciągle nic. Panisko normalnie w koszulinie ledwo dupkę zakrywającej. Nagle Więcej >