Wczorajszy poranek prawie niczym nie różnił się od pozostałych. No, z małym wyjątkiem może. Z reguły po domu łazi mi jeden facet plus kot. Wczoraj facetów łaziło sześciu (remont trwa w najlepsze), a kot został zamknięty w piwnicy, żeby nie uciekł.

Jak co rano do porannej kawki czytam lokalną gazetę. Żadne hałasy dobiegające z różnych stron domu mi nie są straszne, czytam. I nagle moja rozczochrana zaczyna szybciej pracować, bo to, co czytam, nie bardzo mieści się w mojej łepetynie. W pierwszej chwili chcę rzucić gazetę i biec zakopywać w ogródku nasz nowiutki serwis obiadowy zakupiony w Lubianie z pieniędzy, jakie dostaliśmy w prezencie ślubnym. Już łopatę w ręku trzymam, tylko trudno mi się zdecydować, jak kopać i gdzie, ponadto gdzieś zapodziały się moje rękawiczki w różowe kwiatuszki, a bez nich to nie robota. Wróciłam więc do gazety i czytam dalej.

Czy wiedzieliście, że od prezentów ślubnych płaci się podatek? To, co w kopercie dostają młodzi, trzeba skrupulatnie przeliczyć i oddać część należną fiskusowi. Ło, matko! To jak mi teraz naliczą odsetki z niezapłaconych podatków z dwóch ślubów?! Rachunek sumienia robię. Na pierwszym niewiele kasy dostaliśmy, bo to takie czasy, że dostawało się ręczniki, pościel, zegary i miksery. W kopercie niewiele. No, Więcej >