Udzieliły mi się siatkarskie emocje. Po meczu z Brazylią obudziłam się spocona jak kot, bo miałam przerażający sen.

Siedziałam w okopach. Nie wiem dlaczego, ale zaraz po przebudzeniu wiedziałam, że to były Okopy św. Trójcy, więc być może byłam Henrykiem z „Nie-Boskiej komedii” i broniłam się przed rewolucjonistami. Czort jeden wie, o co w tym chodziło. W każdym razie rzucano we mnie piłkami siatkarskimi, a ja lepiłam w pośpiechu gały z piachu i atakowałam nimi niewidzialnego wroga. Piasek jednak był twardy i zbity, że trudno mi było go pazurami wygrzebywać. Przyszedł więc czas na kapitulację. Jednak przeciwnik tak atakował, że rozczochranej znad okopów wystawić nie mogłam. Poddać się więc trzeba było zupełnie tradycyjnie, wystawiając znad okopu białą flagę. I tu panika. Bo skąd ja, kuźwa, mam tę flagę wziąć? Denerwuję się. Zasuwam na czworaka wzdłuż całego okopu, a tam oczywiście nic. Szukam po kieszeniach chusteczki. Też kiszka. Sprawdzam swoją garderobę. W końcu jest! Białe gacie! Przeciwnik wciąż atakuje. Z trudem ściągam gatki. Uff! Jak dobrze, że to nie stringi. Gacie łapię w dłoń, macham nimi nad głową, a one powiewają niczym płachta namiotu. Łoł! Jestem pod wrażeniem swoich galotów, które przybrały kosmiczne rozmiary. Pewnie z Marsa można je dostrzec, jak unoszą Więcej >