Po wczorajszych osiołkach włączyliśmy z Mężusiem Discovery. I jakoś tak od osiołków przeszliśmy do działań typowo ludzkich, bo program był akurat o swingersach. Od wczoraj znam więc nowe słowo, bo nie wiedziałam, że swinging to określenie zbiorowego seksu. Program był oczywiście prawie naukowy. Wypowiadali się zainteresowani takimi praktykami, ale oczywiście również psychologowie i seksuologowie. Nawet odłożyłam książkę z wrażenia, żeby posłuchać. Mężuś jednak leżał i „gromadził informacje” z neta. Czytał „Gazetę Wyborczą” i tylko jednym uchem wpuszczał to, co dolatywało z ekranu.

Mnie to oczywiście zainteresowało, bo jak to tak można być w stałym związku, mieć męża czy żonę i jeszcze do sypialni zapraszać osoby trzecie? Bohaterowie programu zapewniali o wzajemnej miłości, szacunku, o braku zazdrości itp. No, a ja to w swojej rozczochranej próbowałam poukładać na odpowiednich półeczkach. I ten brak zazdrości to jak dla mnie takie pitu-pitu. Nie wierzę. Jakbym widziała mojego Mężusia…, przywaliłabym i kobitce, i jemu. Jak nic.

– Mógłbyś tak? – pytam Mężusia zajętego czytaniem.

– Oczywiście. – Nie dowierzam w to, co słyszę, więc drążę temat. Może ja wszystkiego o moim Mężusiu jednak nie wiem?

– Pewnie z dodatkową kobietą, co?

– Oczywiście.

– A ja bym jednak wolała faceta.

– Oczywiście.

– Mógłbyś tak naprawdę, gdybym ja miała taką fantazję?

– Oczywiście.

No, ale jakoś tak nie przekonuje mnie to jego Więcej >