W zeszłym tygodniu (18.09.) minęła 75 rocznica śmierci Witkacego. W radiowej „Dwójce” sporo jest audycji na temat kontrowersyjnego twórcy, który na drugi dzień po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Polski popełnił samobójstwo. Słuchałam audycji z zainteresowaniem, ponieważ twórczość Witkacego była mi zawsze bardzo bliska.

Jeden z gości radiowych powiedział, że Witkacy „działa jak zastrzyk z kiełbasy myśliwskiej”. Uśmiechnęłam się, bo to w stylu wielkiego artysty, do którego idealnie pasuje też określenie „Dechzapieralski”.

Malarstwo Witkacego ma w sobie coś szalonego, coś, co się wymyka zdrowemu rozsądkowi, ale też nie pozwala oderwać wzroku. A tytuły niektórych obrazów do dziś mogą budzić szok. Bo co powiecie na „Schujowacenie mózgowia”?

Szczególnie bliskie to szaleństwo było mi w momencie, kiedy się rozwodziłam. Nie wiem dlaczego, ale pasjami wtedy kopiowałam Witkiewiczowskie portrety. Sprawiało mi niesamowitą radość brudzenie się suchymi pastelami. Ręce, stół, kartki – wszystko miałam zawsze upaprane. I jak tak na maksa się ubrudziłam, było mi lżej.

Muszę dodać, że ja nie umiem rysować, więc to w ogóle było dla mnie ekstremalne działanie.

Jednak na moich „dziełach” nie ma informacji o specyfikach, które zażywał artysta. Jak wiadomo, Witkacy lubił eksperymentować nie tylko z „pyfkiem”, lecz także z substancjami takimi jak kokaina, pejotl i syntetyczna meskalina czy eter. Ja ograniczyłam swoje Więcej >