Przeczytałam ostatnio artykuł, który mną wstrząsnął. Była to opowieść kobiety, która „lekko” się denerwowała, gdy słyszała hasła w stylu „jak jesteś świadkiem przemocy fizycznej czy psychicznej, to reaguj”, „jak ktoś stosuje wobec ciebie przemoc, to zadzwoń na numer…” itp. Opowiedziała historię o tym, jak jej mąż wykładowca najstarszej i najbardziej prestiżowej uczelni w naszym pięknym kraju stosował na niej wszelkie rodzaje przemocy, łącznie z ekonomiczną. Podobno nawet ją pogryzł. Policja stwierdziła, że za słabo (sic!), żeby go aresztować. Niestety bardzo szybko okazało się, że prawo w Polsce nie chroni ofiary. Bohaterka reportażu na szczęście poradziła sobie, uwolniła się od oprawcy.

przemocPo przeczytaniu artykułu przypomniałam sobie kilka opowieści znajomych.

Kiedyś dziewczyna opowiadała mi, w jaki sposób mąż stosował na niej przemoc ekonomiczną. Musiała go prosić nawet o pieniądze na podpaski. Jedno opakowanie (10 podpasek) musiało jej starczyć na miesiąc! Nie bił jej, ale za to rozliczał z każdej złotówki, z każdego litra wody, z każdej przepalonej żarówki, z zużytego gazu itp. I nigdy nie był zadowolony. Wtedy krzyczał, poniżał, wyzywał od darmozjadów, pasożytów itp. Oczywiście dzisiaj nie są już małżeństwem, ale to ona musiała się zdobyć na odwagę i odejść. Na szczęście miała gdzie. Wróciła do rodziców.

Kolejna sytuacja: kobieta bita przez męża. Facet bardzo nerwowy, nie cierpi niesubordynacji i za każdą przysłowiową przesoloną zupę sprawiedliwie przyłoży. W pracy kobieta opowiada o tym, że spadła ze schodów, że się uderzyła o róg szafki. Standard. W końcu ktoś jej radzi, by zgłosiła sprawę na policję. Zgłasza. Policja przesłuchuje męża, który wystawia żonie opinię fantastki. W czasie jednej z awantur dochodzi jednak do aresztowania. A potem? Potem kat wraca do domu…

Polska nie ratyfikowała Konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy. Każdy ma swoje racje. Politycy się kłócą, dyskutują, a kobiety zbierają razy. Ofiarą przemocy zresztą może być każdy, katem też.

Spróbowałam się dowiedzieć, co by było, gdyby… Co ma zrobić ofiara przemocy psychicznej, fizycznej lub ekonomicznej? Niby wydaje się to takie oczywiste. Jak to co? Zgłosić na policję. Wyprowadzić się z domu. Znaleźć pracę. Chronić dzieci (jeżeli je ma). Może się zwrócić na przykład do MOPS-u, prawda?

No, może, tylko że MOPS-y z reguły nie dysponują mieszkaniami, do których osoby poszkodowane mogłyby się przeprowadzić. Można jeszcze pójść do noclegowni, prawda? Z dziećmi.

Podobno można też starać się o dopłaty do wynajmu, pod warunkiem że ofiara uzbiera sobie wcześniej odpowiednią kwotę na zapłacenie kaucji za wynajem. Już widzę, jak ofiara przemocy np. ekonomicznej uruchamia swoje tajne szwajcarskie konto i wynajmuje przytulne mieszkanko.

Nie znam się dokładnie, nie wiem, jak wygląda pomoc ofiarom przemocy. Ale jak słucham opowieści osób, które tego doświadczyły, to ręce mi lekko opadają. A niestety przemoc rodzinna nie jest zjawiskiem marginalnym. Przemoc stosują kobiety i mężczyźni, dzieci i rodzice, dziadkowie i wnuki itp. Tutaj wszelkie konfiguracje są możliwe. I nie wiem, czy nie trudniejsze do rozwiązania są te, kiedy to na przykład rodzic (a nie mąż na żonie) wyżywa się na dorosłym dziecku lub odwrotnie, a mieszkają pod jednym dachem. Tutaj nawet nie można wziąć rozwodu!

A co poradzić ofierze? Co ma robić? Bo kat wiadomo, nawet jak go aresztują, to i tak spokojnie wróci do domu, położy się w swoim łóżku i sięgnie po jedzenie ze swojej lodówki.