Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jedziecie autobusem do innego miasta, więc macie spędzić w podróży około 1,5 godziny. Rozsiadacie się wygodnie. Spoglądacie w okno. Jest pięknie. Pasażerów na każdym przystanku przybywa. Najpierw zajmowane są wszystkie miejsca pojedynczo, każdy przykleja się do okna i ma obok siebie pusty fotel, więc nie czuje się skrępowany, może wygodnie się rozsiąść. Jednak z kolejnymi przystankami przybywa pasażerów, więc zaczynają sobie wybierać koło kogo usiąść. I wtedy w nas odzywa się „ludożerca”, który trzyma kciuki, by nikt obok nie zajął tej wolnej przestrzeni. A jeżeli już to ma się stać, niech ten ktoś będzie chudziutki jak igiełka, ładnie pachnący (ale nie za bardzo), sympatyczny i milczący.

autobusJedziecie dalej. Znów przystanek. Nagle wsiada mężczyzna, który musi się mocno trzymać poręczy, by nie paść w przejściu, ale nie w pokłonie bałwochwalczym dla Was czy kierowcy, o nie. On walczy z grawitacją, która, cholera jedna, się na niego uparła i ciągnie w swe objęcia. Facet wsiada, a po autobusie jakby rozlewają się opary spożytego w nadmiarze alkoholu. Najlepiej żeby gość nie oddychał, nie wydychał oparów i nie zasysał świeżego powietrza, którego z sekundy na sekundę robi się w autobusie jak na lekarstwo. No, ale facet musi usiąść. MUSI. Nie ma szans, by stał. Przedziera się więc przez autobus w poszukiwaniu wolnego miejsca. Przy okazji walczy z grawitacją i dla jej zmylenia podąża slalomem, a że przestrzeń niewielka, by brać zakręty, obija się od foteli jak piłeczka pingpongowa. Wybiera wzrokiem pasażera, obok którego posadzi swoje styrane życiem cztery litery. I co wtedy? Panika. Oby nie koło Was. Oby nie koło Was. Oby nie koło Was. Zaciskacie kciuki. I niczym mantrę powtarzacie zaklęcia.  Toż tego odoru tuż pod nosem nie zniesiecie podczas jazdy, która potrwa jeszcze z dobre 40 minut.

I tak zastanawiam się, co w takiej sytuacji robić, by zminimalizować niebezpieczeństwo, że koło nas usiądzie dwunożna gorzelnia.

Ważna rzecz. Nigdy nie należy nawiązywać z takim delikwentem kontaktu wzrokowego. To po pierwsze. Mógłby to wziąć za zachętę. Po drugie, można wyciągnąć książkę. To czasami pomaga. Działa niczym krucyfiks na czorta z piekła rodem. Kto by tam chciał siedzieć koło czytającego? Toż taki człowiek może się okazać niebezpiecznym kompanem podróży. Nie pogada się z nim, a wręcz czasami trzeba słuchać, jak parska śmiechem lub ociera ukradkiem łezkę (zależy co czyta). W dodatku można się niechcący zapatrzyć na literki, a wtedy zamajtają przed oczyma i spowodują lekkie mdłości mogące doprowadzić do uwolnienia z siebie całej zawartości spożytych przed chwilą procentów. A procentów, z trudem pewnie wchłoniętych, zawsze szkoda.

Jakieś pomysły jeszcze?