Noclegi zamówione, więc już niedługo jadę przewietrzyć rozczochraną. Mój Mężuś tak się zaangażował w tę moją potrzebę wietrzenia łepetyny, że zorganizował mi weekend w siodełku. I niestety moja facjata nie nadaje się się do pokazywania światu, bo zmieniłam barwy na (prawie) narodowe. Gęba czerwona, szyja biała. W sobotę pomykałam niczym Szurkowski czy Jaskóła, wiatr we włosach, muszki na zębach, bo pycho rżało w uśmiechu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie niedziela rano. Po śniadaniu Mężuś mówi, że jedziemy, więc się cieszę, bo dzień wcześniej fajno było. Siadam na rower i mknę przed siebie. I tak mknęłam, dopóki nie okazało się, że jakoś ciężko idzie, bo ścieżka pełna piachu. Kilka razy się zatrzymywałam i mówiłam, że nie dam rady. I gdyby nie był to las, to pewnie usiadłabym, przykuła się do drzewa i kazała Mężusiowi (delikatnie mówiąc) zapie…przać po auto.

Mężuś się przejął i prowadził już prosto do asfaltówki, a stamtąd to już tylko kilkanaście kilometrów, więc jadę z jęzorem, który o mało nie wkręcił się w koła. Jedziemy, a tu nagle jakiś peleton kolarzy wyjeżdża z zakrętu. Po chwili jesteśmy w środku. Czuję się jak ryba płynąca z nurtem rzeki (nawet poprosiłam, by wzięli mnie na hol, ale chętnych nie było) i kiedy jeden, drugi i piąty nas wyprzedzał, nagle przełączyłam się na inny bieg. I co? Nas? Nie damy się! I dawaj dociskać pedały. Znów wiatr we włosach. Co prawda, po chwili wąchamy kurz po tym peletonie, ale z oddali zauważam, że dwóch pęka i odpada, a dzieli nas od nich tylko ze 100-200 metrów.

- Dajemy!!! Za nimi!

Znów muszki na zębach, komary we włosach, robal w uchu. Znikają za zakrętem. Wypadamy za nimi, a tam kibice z trąbkami, flagami i wielkim dzwonem. Oczywiście z daleka nie poznali, że my to nie zawodnicy i dawaj wiwatować na naszą cześć. I co wtedy? Człowiek z dumą dociska na pedały i gna z prędkością błyskawicy. Na szczęście zaraz znów zakręt i można zwolnić. Dojeżdżamy do miasta. Akurat meta ustawiona na ścieżce rowerowej, więc przejeżdżamy. Niestety nikt na nas nie zwróca uwagi, medalu nie wręcza, więc z opuszczonymi głowami „mkniemy” do domu. I odhaczam pierwszy wyścig kolarski jako zaliczony.

Sprawdzamy w necie, co to za wyścig. „Koła Kociewia”. Trzy kategorie. Jedna to 75 km do przejechania.

– O, to byśmy dali radę – mówi Mężuś. A ja liczę. W sobotę 32 km, dzisiaj 36, więc jakby mi rozbili ten dystans na dwa dni, to dam radę.

– A myślisz, że oni czekają na ostatniego zawodnika? – pytam Mężusia. – Bo mogłabym namiot sobie po drodze rozbić, zdrzemnąć się i na dwa dni to rozłożyć. Ciekawe, czy by na mnie czekali. Jak myślicie?

I jakoś dziwnie, bo Mężuś nie komentuje. Potem za to rzuca kolejny pomysł związany z moim wietrzeniem rozczochranej, że możemy sprzedać dom, kupić jakiś wypasiony wykrywacz metali i wyruszyć na Dolny Śląsk, szukać złotego pociągu.

Może ja jednak zostanę przy wyjeździe na Kaszuby, nie? Bo co będzie, jak go znajdziemy. Chętnych do podziału już cała kolejka.

 

A na koniec kilka fotek z przejażdżek, bo nie wszyscy mają FB:

image29

image3

image45

image43

image27